Masz psa? Karmisz zimą ptaki? Pamiętasz czym można, a co jest niewskazane? Właśnie! Psu nie wolno, łabędziom nie wolno, kaczkom nie wolno, gołębiom nie wolno…! A Tobie? Wolno…wszystko?! Pamiętasz „zjedz batona i nie gwiazdorz”? A w nim syrop glukozowy, laktoza, sacharoza, olej palmowy i kalorie, mnóstwo „pustych” kalorii… I nikt Ci nie powie, że cztery pyszne batoniki to aż 50% naszego dziennego zapotrzebowania energetycznego. Czy to dobry wybór? Może nie, ale jakże kusi! Co to jest dieta? I czym się różni od żywności? I dlaczego tak modne jest pojęcie „żywność przetworzona”? Czy wiesz, o co w tym wszystkim chodzi?
Podstawy, czyli trochę fizjologii i i biochemii…
Może zacznijmy od tego, czego tak naprawdę potrzebujemy, aby funkcjonować. Już tu zaczynają się prawdziwe schody! Nawet wtedy, gdy problem zawęzimy tylko do aspektów biologicznych.
Jesteśmy cudzożywni (nie mylić z kradzieżą pokarmu) czyli heterotrofami. Potrzebujemy więc – w odróżnieniu od roślin – „żelaznego” zestawu substancji organicznych określanych jako egzogenne: glukozy, paru aminokwasów i nienasyconych kwasów tłuszczowych oraz kilkunastu witamin. Do tego ciągłych dostaw wody i soli mineralnych, które nieustannie tracimy. Resztę organizm wyprodukuje sam.
No dobrze, to jest teoria. A jak wygląda praktyka, czyli co tak naprawdę trafia do naszego organizmu? Czy potrzebujemy czegoś więcej? Tak, i to wielu składników! Choćby dlatego, żeby ułatwiały one wchłanianie tych bezwzględnie potrzebnych. No i by dostarczyć pożywienia…naszym bakteriom jelitowym! Tak, tak, dziś dysbioza czyli zaburzenia mikroflory jelitowej (jeszcze 10 lat temu termin był znany jedynie niektórym specjalistom) to jeden z wiodących tematów w dietetyce. I to wszystko powinno zawierać się w tym, co spożywamy, czyli żywności.
Zamknęliśmy temat? A skąd! Problemy dopiero się zaczynają. I dotyczą zarówno stosujących „naukowe diety” jak i zwykłych zjadaczy chleba. Na liście rzeczy, które codziennie „wchłaniamy” z pokarmem są jeszcze tysiące pozycji: zioła, leki, suplementy, mikotoksyny (z pleśni), toksyczne metale (rtęć, ołów, glin), pestycydy (z randapem na czele), tzw. dysruptory endokrynne (ot choćby bisfenole) i wiele innych. A to tylko droga pokarmowa. Dołóżmy jeszcze płuca (zanieczyszczenia powietrza, w tym różne „dymki”, bo przecież nie chodzi tylko o poczciwy tytoń) czy skórę (składniki kosmetyków, a nawet obce kwasy nukleinowe; tak, tak, to ultranowoczesna „szczepionka” antykowidową).
Od myśliwego do konsumenta
Czym różni się żywność od diety? Tak naprawdę to trochę akademickie roztrząsanie, ale – ujmując rzecz najprościej – żywność stanowią jakiekolwiek substancje, przetworzone lub nie, przeznaczone do spożycia przez ludzi. Dieta zaś jest po prostu sposobem odżywiania, czyli swoistą kombinacją pokarmów, w której decydujemy się na wybór konkretnych produktów z niezwykle bogatej oferty Natury i…przemysłu.
Żywność ma nam dostarczyć energii, budulca do rozwoju i regeneracji organizmu oraz zapewnić możliwość optymalnego działania mechanizmów regulacyjnych. A więc wszystko jasne! Tylko jak to zrobić?
Człowiek to klasyczny polifag (wielożerca) i dawno, dawno temu zaczynał jako zwykły zbieracz, nieco później przeistaczając się w zbieracza-myśliwego. Chyba nikt nie zaprzeczy, że gwarantowało to…niezwykle różnorodną, no i raczej nieprzetworzoną, dietę.
Ale ten najlepszy czas mamy już za sobą. Osiadły tryb życia, uprawa roślin, hodowla zwierząt – oferta ubożała w błyskawicznym tempie. W końcu wkroczył „przemysł spożywczy”. A tak na marginesie: kiedykolwiek widzę na sklepie szyld „artykuły spożywcze i przemysłowe” nie potrafię tego pogodzić z logiką. Faktem jest, że zaczęliśmy żywność „tworzyć” (z zastosowaniem technik genetycznych włącznie; kłania się znane każdemu GMO), trzymając się tylko jednej zasady: dużo i tanio! I w składzie takiej „żywności” jest miejsce dosłownie na wszystko. Tyle, że potrzebnych nam rzeczy jest tam naprawdę niewiele. Zwykle dużo mniej niż tych, które mogą zaszkodzić. W pogoni za zyskiem, wkroczyliśmy na bardzo niebezpieczną ścieżkę. Można powiedzieć, że im bardziej „kombinujemy” z żywnością, tym gorzej dla naszego zdrowia.
Nie taki diabeł straszny?
I tak doczekaliśmy się żywności przetworzonej. Co takiego oznacza ten jakże popularny, powszechnie znany i odmieniany przez wszystkie przypadki, termin? Dla wielu może to być zaskoczeniem, ale…powinna ona zajmować należne jej miejsce w naszym menu. Bo gotowanie, parowanie, pieczenie czy kiszenie to także przetwarzanie. Tyle że w tym przypadku są to działania wręcz pożądane, choćby z powodów sanitarnych (uniknięcie ewentualnego zatrucia). Ułatwiają również trawienie i wchłanianie pokarmów. A zjadając kiszonki wzbogacamy dodatkowo organizm w pożyteczne bakterie (probiotyki).
Ale żywność przetworzona to, w potocznym tego słowa znaczeniu, synonim czegoś złego. I ta zawężona definicja dotyczy przede wszystkim pokarmów, które zawierają składniki uzyskiwane sztucznie (np. syrop glukozowo-fruktozowy czy tłuszcze trans), tzw. stabilizatory, dodatki smakowo-zapachowe, barwniki czy konserwanty i wiele, wiele innych. Żaden z nich nie jest naturalnym elementem naszego ciała, ale każdy może być potencjalnym źródłem problemów. W takiej żywności zwykle zdecydowanie zachwiane są także proporcje „normalnych” składników, np. może zawierać bardzo dużo soli czy cukrów bądź zaledwie śladowe ilości błonnika.

No i?
Cywilizacja nierozerwalnie kojarzy nam się z postępem, także – a może przede wszystkim – w dziedzinie ochrony zdrowia. Tymczasem już od co najmniej kilkudziesięciu lat mamy do czynienia wręcz z epidemią pewnych schorzeń – otyłości (na świecie mamy dwa razy więcej ludzi z nadwagą niż głodujących), chorób serca i układu krwionośnego, cukrzycy, nowotworów i paru innych.
Nazwaliśmy je całkiem poprawnie. To choroby cywilizacyjne. Skąd się wzięły? Z nieodpowiedniego trybu życia, głównie z braku ruchu, i ZŁEJ DIETY! Niektórzy twierdzą, że żywność decyduje aż w 80% o naszym zdrowiu (także psychicznym). Pokarm jest bowiem potężnym czynnikiem kształtującym aktywność naszych genów. Śmieciowe jedzenie (junk-food) także, warto pamiętać.
W tym miejscu zilustrujmy to konkretnym przykładem. Nastolatkowi z Anglii od najmłodszych lat „nie pasowała” konsystencja owoców i warzyw, dlatego żywił się wyłącznie frytkami, chipsami, białym pieczywem, szynką i kiełbasą. Poza zmęczeniem, na które się skarżył, wydawał się całkiem zdrowy. Badania wykazały jednak niski poziom witaminy B12 i D, miedzi i selenu oraz anemię i osteopenię (niska gęstość kości). Po roku pojawiły się poważniejsze symptomy. Ostatecznie młody człowiek stracił wzrok, ma poważne problemy ze słuchem i anemię. Uszkodzenia są trwałe. Diagnoza: unikanie/ograniczanie przyjmowania pokarmów (ARFID – Avoidant Restrictive Food Intake Disorder). Ilu jeszcze nie zdiagnozowano?
Co robić, czyli zapomnijmy o marketach?
Stara medyczna zasada brzmi: dosis facit venenum, czyli „dawka czyni truciznę”. To chyba tłumaczy wszystko i pokazuje zarazem, przez jaką „furtkę” żywność przetworzona wydostała się na rynek, opanowując go całkowicie. W małej ilości praktycznie nic nie szkodzi, a więc „wszystko” wolno do żywności dodać (ach, te unijne normy!). Spory o szkodliwość różnych składników spotykanych w żywności są niesłychanie zażarte. Tu chodzi o setki miliardów euro i dolarów…
Najprostsza rada? Sprawdzać liczbę składników produktu i wybierać najkrótszą listę. Naklejka na chlebie (choć nie wszyscy mogą po niego sięgać) powinna w zasadzie zawierać 4 pozycje: mąka, woda, drożdże (lepiej zakwas) i sól. Nad każdym kolejnym wypada się zastanowić. Truizmem jest więc, choć wciąż wartym przypominania, że powinniśmy unikać produktów, które oferują nam dodatkowe „atrakcje”. Stawiajmy na jakość, na jak najprostszy i najbardziej naturalny ich skład, na produkty nie poddane sztucznej obróbce, a jednocześnie najcenniejsze pod względem odżywczym. Fakt, łatwiej pójść do marketu i wywieźć na wózku furę „okazji” i „promocji”. Bo i wydatek dużo mniejszy. Ale czy warto potem zapłacić za to wszystko własnym zdrowiem?

Spróbujmy przynajmniej niektóre produkty przygotowywać samemu, ot choćby wspomniany chleb. To też nie jest do końca bezpieczne, bo wiele użytych surowców może zawierać antybiotyki, hormony, pestycydy i inne niepożądane substancje. Dobrze jest więc szukać stoisk „bio-” lub produktów z dodatkowymi informacjami, np. o sposobie chowu czy stosowanej karmie. Nieco drożej, lecz zdecydowanie bezpieczniej. Ale najlepiej znaleźć pewnych dostawców. Kiedyś mówiło się o „mleku prosto od krowy” czy „cielęcinie od gospodyni”. Warto wrócić do tych dobrych nawyków.
Zdrowa żywność, żywność funkcjonalna i przetworzona, dieta, ksenobiotyki, nutrigenomika, dysbioza – to tylko kilka pierwszych z wielu fascynujących problemów związanych z „chlebem naszym powszednim”. A pokłosie złych wyborów żywieniowych jest obfite i raczej nie napawa optymizmem – otyłość, cukrzyca, miażdżyca, nadciśnienie, choroby serca i neurodegeneracyjne, alergie pokarmowe czy celiakia to zaledwie początek długiej listy. O tym, i nie tylko, już niebawem.
Patrz, co jesz! Twoje zdrowie w Twoich rękach! Bo można skończyć choćby tak: KLIKNIJ lub tak: KLIKNIJ.
Jakże ważne w dzisiejszych czasach, kiedy tysiące uzdrawiano „przez telefon”. A tak śmialiśmy się niegdyś z Kaszpirowskiego czy „rąk, które leczą” Nowaka!

Dodaj komentarz