Podglądanie ptaków to sama przyjemność, a ich śpiew – czysta poezja. Zapewne wielu z nas zna je tylko z tej strony. Ale sytuacja, szczególnie w miastach, wygląda nieco inaczej. W środowisku zurbanizowanym nasi skrzydlaci przyjaciele czują się niekiedy doskonale. Przynajmniej niektórzy. A to – i mamy na to dowody – może nam stwarzać pewne problemy.
Tak bliska obecność najliczniejszych gatunków to – niestety – niebezpieczeństwo groźnych dla nas chorób, zwanych zoonozami. Najbardziej znaną z nich jest ornitoza (papuzica), lecz groźne są także infekcje wywoływane przez arbowirusy, histoplazmoza i inne grzybice, salmonelloza…. No i w końcu możemy zostać zaatakowani przez ektopasożyty. Typowo ptasie, lecz coraz częściej atakujące ludzi: obrzeżek gołębi, ptaszyniec czy pluskwa jaskółcza.
Ptaki to również problemy sanitarne. Ogromne złogi odchodów na strychach i w miejscach masowych noclegowisk. Zniszczone fasady budynków, w tym cennych zabytków, zabrudzone pomniki, nagrobki i karoserie naszych wymarzonych aut. I dodatkowo hałas, jaki czynią liczące tysiące ptaków stada krukowatych zbierające się w mieście na nocleg. Ich wrzaski na pewno nie mają nic wspólnego ze śpiewem.
W końcu rzecz najgorsza. Niektórym skrzydlatym „przyjaciołom”…nie podobamy się my sami. Coraz częściej bowiem spotykamy się z bezpośrednim atakiem choćby mew (celuje w tym m. srebrzysta), wron czy kawek, a nawet krogulca, na człowieka, psa lub kota. Czyżby Hitchcock miał rację?
One są takie śliczne, a jak pięknie śpiewają!

„…Przedwiośnie. Piękna pogoda! Słońce świeci intensywnie, choć coraz bardziej chyli się ku zachodowi. Jest ciepło, lekki wietrzyk porusza nagimi jeszcze gałązkami. W każdym, najmniejszym nawet, zagłębieniu kałuże ze stopniałego śniegu. Jeszcze gdzieniegdzie szarawobiałe płaty śniegu i skorupy lodu.
Wchodzę do lasu. Od ziemi ciągnie ostry chłód. W cieniu robi się trochę zimno. Ale wydostaję się na oświetloną polanę. Ciepłe promyki słońca mile łaskoczą po twarzy. Przystaję i próbuję złowić uchem jakieś głosy. Niczym niezmącona cisza! Słyszę tylko delikatnie szumiące korony drzew. Nagie, czerwonawe pnie sosen połyskują w słońcu. W powietrzu unosi się rześki aromat budzącego się życia. Jest pięknie!
Wtem! Natężam słuch, z daleka dobiega jakiś głos. Nie, to śpiew, pierwszy wiosenny śpiew! „Ciciba ciciba” – rozlega się radośnie. Poznaję, tak, to ona! Ruszam w jej kierunku. I znów cisza. Nagle tuż obok „ciciba, ciciba”. Odwracam głowę. Na niewysokiej brzozie siedzi bogatka i metalicznym, pięknym głosem powtarza swą wdzięczną i miłą zwrotkę. Choć zima jeszcze na dobre nie odeszła, głośno oznajmia nadchodzącą wiosnę. Nie mija chwila i słyszę inny śpiew: „ciciciciciciiiiiit”. Rozpoznaję go bez trudu: Trznadel! Spoglądam w górę. Na strzelistej sośnie siedzi sobie taki „żółty” wróbel i co kilka sekund powtarza swą zwrotkę. Jest w niej coś uroczego. Nagle zrywa się i oddala w kierunku zachodzącego słońca.
A więc wiosna tuż, tuż! Wracam powoli do domu. I jeszcze jedna niespodzianka! W przydomowym ogrodzie dwie śpiewające bogatki. Przyglądam się im przez dłuższą chwilę. Powoli zapada zmierzch. Słońce jak ogromna czerwona kula zwisa tuż nad horyzontem. Zapada chłodny, marcowy wieczór…”
I inna opowieść.
„…Kwiecień nie przyniósł poprawy pogody. Już przeszło tydzień siąpi deszcz, a niskie chmury przemykają w nieskończoność z zachodu na wschód, ani na chwilę nie odsłaniając błękitu nieba. Nawet w południe niewiele widniej. Jest jednak ciepło. W powietrzu unosi się lekka mgiełka. Nieruchome gałązki i liście oblepione milionami kropelek rosy.
O zmierzchu wybieram się do lasu. Wokół lepki, gęsty mrok. Słyszę jedynie monotonny szum kropel rozpryskujących się na mojej kurtce. Nagle zupełnie blisko, jakby spod ziemi, płyną miękkie, perliste trele rudzika. Na próżno wytężam wzrok, próbując go dostrzec. Wyczuwam, że znajduje się nie dalej niż 20 metrów ode mnie. Nagle, z daleka, z daleka – jakby po rosie – dobiega moich uszu piękny śpiew kosa. Spokojne, fletowe, „filozoficzne” tony. I w tym samym momencie z zupełnie innej strony słyszę śpiewaka. Jakże odmienne strofy. Kos powoli, z umiarem, jak wielki artysta; śpiewak – krótko, mocno, nerwowo, z pośpiechem. I znowu rudzik.
Tercet rozbrzmiewa z podwójną siłą! Trzech wielkich mistrzów w niecodziennej scenerii. Każdy w innym miejscu, niezależnie od siebie, lecz w jakże nieskazitelnej harmonii. Artyzm w każdym calu. Czarujące, baśniowe widowisko!…”
źródło: notatki własne, 20 marca 1972 i 9 kwietnia 1973
Zapewne ptaki najczęściej kojarzą się nam z takimi obrazkami. Dając przyjemność obserwacji i – jeszcze większą – słuchania. Lecz dostarczają także wielu innych wrażeń, w tym niekoniecznie tych najbardziej przyjemnych.

Synurbizacja – zjawisko pożądane?
Niektóre zwierzęta towarzyszą człowiekowi „od zawsze”. W nauce są one określane jako gatunki synantropijne. Wśród nich znaczącą grupę stanowią tzw. zwierzęta synurbijne. A w niej jednymi z najliczniejszych są ptaki.
W najprostszym ujęciu synurbizacja to „adaptacja gatunku do życia w warunkach miejskich” lub też „opanowanie środowisk miejskich przez zwierzęta”. Jest ona procesem osiedlania się populacji zwierzęcych w środowisku zurbanizowanym, połączonym z wykształceniem specyficznych przystosowań do trwałego bytowania w warunkach, jakie stwarza miasto. Jednocześnie ma charakter wielopokoleniowego zjawiska populacyjnego. Dotyczy głównie ptaków i ssaków.
Najlepiej poznany jest przebieg synurbizacji kosa, grzywacza i myszy polnej. W miastach niemieckich kos pojawił się w pierwszej połowie XIX w. Na początku XX w. stwierdzono go we Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku, a w latach 1950. w Warszawie, Brnie i Sofii. Pod koniec lat 1990. był już notowany w Oslo, na Ukrainie i w południowej Rosji. W ciągu 100 lat synurbijne populacje przesunęły zasięg o ponad 1000 km w kierunku wschodnim. Ich wyraźną cechą jest tendencja do osiadłości. Bardzo podobnie przebiegał proces w przypadku grzywacza, z tym, że miejskie populacje są wędrowne lub koczujące. Proces synurbizacji wyraźnie nasilił się w ciągu ostatnich dziesięcioleci. W Warszawie od połowy ubiegłego wieku został odnotowany m.in. u krzyżówki, kosa, sroki, wrony, śmieszki i kwiczoła.
Wg ornitologów korzystnymi dla zwierząt czynnikami środowiska miejskiego są:
- przyjazny stosunek człowieka,
- ograniczenie obecności naturalnych drapieżników,
- obfitość antropogenicznych zasobów pożywienia,
- lepsze warunki zimowania i
- obfitość miejsc lęgowych i kryjówek.
Negatywny wpływmają natomiast:
- zerwanie ciągłości naturalnych siedlisk,
- intensywna penetracja terenu przez ludzi, psy i koty,
- ubóstwo naturalnych składników środowiska oraz
- intensywne oddziaływanie ruchu miejskiego, techniki i zanieczyszczeń.
Do najważniejszych cech populacji synurbijnych należą:
- zmiany etologiczne,w tym zmniejszona antropofobia. Przejawia się ona przede wszystkim skróceniem dystansu ucieczki przed człowiekiem, który np. dla kosa w mieście wynosi 1.5-5 m, a w lesie – 50-80 m. Ponadto obserwuje się aktywne zbliżanie i agresywne zachowanie w stosunku do człowieka. Pojawiają się także zmiany w cyklu aktywności dobowej.
- znacznie wyższe zagęszczeniaw porównaniu z populacjami ze środowisk naturalnych, co wynika ze zmniejszenia się areałów osobniczych (terytoriów). Ma ono związek z wielkością przestrzeni zajmowanej przez populację. Istnieje odwrotna zależność między wielkością powierzchni i zagęszczeniem zasiedlającej ją populacji.
- wydłużenie sezonu lęgowego(np. zimowe lęgi sierpówki, łyski i kosa), co nie zawsze jest równoznaczne z wyższym sukcesem rozrodczym,
- zmiany sposobów gniazdowania i umieszczania kryjówek,
- włączenie do diety pokarmu antropogenicznego (m.in. odpadki i dokarmianie),
- zanik behawioru migracyjnegoz tendencją do osiadłości i ograniczeniem wędrówek na zimowiska,
- wzrost konkurencji wewnątrzgatunkowej i
- spadek śmiertelności związany głównie z mniejszą presją ze strony drapieżników i większą przeżywalnością w zimie.
Następnym razem zajmiemy się bardziej szczegółowo synurbizacją kilku gatunków, ilustrując to przykładami z Lublina.

Dodaj komentarz