Święta zbliżają się nieubłaganie, a wraz z nimi wiele emocji. No i Sylwester! W tym momencie wielu z nas myśli o jednym. Jak przeżyć te 3 dni, by za niespełna tydzień zmieścić się bez kłopotu w wymarzoną, już wiszącą w garderobie, szałową kreację? Tak, tak…
Obżarstwo jest zjawiskiem powszechnie znanym, ale tylko w wykonaniu człowieka jest traktowane jako patologiczne. Nieprzypadkowo „nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu” jest wymieniane wśród 7 grzechów głównych w naszej religii. No, może bardziej chodzi o picie, choć mniejsza o szczegóły. Niedźwiedź, kot, słynne „Seven”, święta…stają nam przed oczami różne obrazki… Zapewne niektórym kojarzy się ono bardziej naukowo, z bulimią.
O co tu chodzi? Dlaczego grzeszymy? Wielu się nie przyzna, lecz przecież nie musi, bo skutki…widać gołym okiem! Tyle, że w tym momencie już poszliśmy za daleko. Przecież przejadanie się nie zawsze kończy się otyłością. Właśnie, tu jest pies pogrzebany, bo my nie bardzo wiemy, czy unikniemy takiego finału. Ustalmy zatem, że raz na jakiś czas możemy sobie pofolgować…i nic się nie stanie.

Otyłość jest niezwykle podstępna i kusząca. Prowadzi do niej bardzo fajna ścieżka, ścieżka usłana pięknymi widokami, radością i zadowoleniem. Jesteśmy wręcz zachwyceni towarzyszącymi nam wrażeniami. I bardzo długo nie oglądamy się za siebie. Aż w końcu uświadamiamy sobie, że chyba pora zawracać. I tu zaczynają się schody, a właściwie ich brak. Raptem pojawiają się ogromne kłopoty, mnóstwo przeszkód… I wielokrotnie okazuje się, że to už se nevrátí, jak śpiewała dawno, dawno temu Helena Vondráčková. Więc wspinamy się nadal.
Dlaczego więc z takiej ścieżki bez kłopotu zawracają zwierzęta? No może z wyjątkiem towarzyszących nam w wędrówce naszych milusińskich – piesków, kotków i, rzadziej, innych zwierzątek. Pomijam tu przeznaczone na tucz zwierzęta hodowlane.
Cała reszta daje sobie z tym wspaniale radę. Bo czy wyobrażacie sobie otyłego zająca uciekającego przed wilkiem? On nawet dałby się złapać niektórym jamnikom, że o sprytnych kundelkach nie wspomnę. I jeszcze jedno skojarzenie. Otyłe latające ptaki??? Choć tu trzeba większej wyobraźni!
O co zatem chodzi? Ano jako ludzie po prostu przegięliśmy! I przyczyn jest bez liku. Lecz temat jest niezwykle skomplikowany i musimy podejść doń „na spokojnie”. Spróbujemy go rozgryźć niebawem, a dziś wróćmy do obżarstwa.
Większości z nas obżarstwo (podobnie jak i otyłość) kojarzy się z potrawami „niezdrowymi” – ociekającymi wręcz tłuszczem, a więc bigosem, golonką, karkówką, boczkiem, kiełbasą – obowiązkowo popijanymi co najmniej piwem. Jednak to obraz fałszywy. O wiele groźniejsze są te, które lubimy prawie wszyscy. Łączy je jedna cecha – słodki smak. I wszyscy wiemy, o które chodzi. Na bigos niektórzy wręcz nie mogą patrzeć, ale pierniczek (sama piekłam!), rafaello, śliwka nałęczowska albo „maluteńki”, taki do spróbowania, kawałek ciasta (co prawda porcje są faktycznie „na raz w gębę”, jednak wiemy, ile różnych wypieków ląduje w święta na stole) to co innego!
I tu jest pies pogrzebany! Przy takiej okazji w ogóle nie sięgamy po produkty bezpieczne i zdrowe, bo takimi to my możemy katować się „na co dzień”. W końcu Boże Narodzenie i Sylwester są raz w roku! Co prawda gdzieś w głowie nadal zapala się lampka, by jednak „nie przesadzać z kaloriami”. I co z tego, że się pali, jak nam cały czas dopisuje apetyt? Najpierw jemy „jak leci”, potem wg zasady „czego to ja jeszcze nie jadłem”, a na koniec, już z pewnymi wątpliwościami, pytamy samych siebie „co by tu jeszcze spróbować”?

Podłoże fizjologiczne takiego zachowania jest w sumie proste. Tłustymi potrawami (i tu jest ten moment, w którym powinniśmy zapomnieć o kaloriach) udaje się dość szybko i skutecznie zablokować łaknienie. I to jest wręcz wysoce pożądane zjawisko. Faktem jest, że u niektórych trwa to niemiłosiernie długo i przez parę dni zaglądają raczej do domowej apteczki niż na stół czy do lodówki. Ale przecież – siadając do stołu – od razu zakładamy, że z tymi rzeczami nie będziemy przesadzać. Niestety, my wybieramy dużo gorzej. Sięgamy po tę „zdrową” resztę. Zaczyna się świąteczny rollercoaster. Spożywanie lekkostrawnych i szybko wchłanianych węglowodanów powoduje gwałtowny wzrost poziomu glukozy we krwi i uruchamia wydzielanie insuliny. Ta obniża poziom cukru we krwi, stymulując jego pobieranie przez komórki, w tym adipocyty tkanki tłuszczowej, które zamieniają go – przy wysokim stężeniu insuliny – w lipidy. Hipoglikemia wzbudza jednocześnie wręcz wilczy apetyt i…znów rozglądamy się po stole. I tak kilka razy…
Rada jest tylko jedna – przeplatać posiłki ruchem. Okazuje się bowiem, że mamy w łydce taki fajny mięsień, który niezwykle skutecznie daje sobie radę z poziomem glukozy we krwi. Nie potrafi syntetyzować glikogenu i musi liczyć na bieżące dostawy. Tak więc śniadanie i do kościoła (przekładanie mszy na późniejszy termin może być nieco „ryzykowne”), obiad i na spacer, kolacja i – kto jeszcze jest w stanie – powrót „z gości” na piechotę. A gospodarze? Sprzątać na błysk! I dopiero wtedy przed telewizor. Albo lepiej do łóżka, bo przed kolejnym dniem świętowania warto odpocząć.
I nie kontrolować wagi. Nikt nie jest w stanie w święta znacząco zmienić masy ciała. Gdyby to powszechnie wyrażane ubolewanie z powodu przytycia o 2-4 kg byłoby prawdą, musielibyśmy zjeść w tym czasie ponad normę równowartość 8-16 kostek masła. Jest tego trochę??? Myślę, że nawet ja nie dałbym rady, a swoje ważę.

Dodaj komentarz