Dawno temu krążył taki niewinny dowcip, w którym troskliwa mama prosiła – w czasie sprzeczki dwóch małolatów – swoją latorośl: Synku nie bij go, bo się spocisz! Co powiedziałaby dziś? Dziecko, daj spokój bo przekroczysz limit dwutlenku? Całkiem możliwe. Wszak i pot, i wspomniany gaz są efektem zwiększonego metabolizmu. A w czasie bójki niewątpliwie ma to miejsce.
Oto mamy do czynienia z następnym idiotyzmem. Na międzynarodową arenę wkracza bowiem kolejny paszport. Dla naszego nieszczęsnego kraju to już trzeci. Ten pierwszy był marzeniem wielu (ach te wyjazdy na zmywak!), drugi (covidowy) – wywołał mieszane uczucia, a planowany chyba skończy się rewolucją. Jesteśmy cierpliwi, ale…
O co chodzi? Tym razem o PASZPORT WĘGLOWY! Nie, nie ma to nic wspólnego z pozwoleniem na zakup węgla z jakiejś tam Wenezueli czy Australii. Choć akurat to skojarzenie jest całkiem uzasadnione. Przecież u nas prawie wszystkie kopalnie zamknięte, a zbieranie węgla w biedaszybach może skończyć się więzieniem. Tym razem „dokument” będzie sprawdzał w cyklu rocznym, opierając się na stosownych przelicznikach, w jakim tempie podnosimy temperaturę Ziemi. Przykłady? Stek 1/4 kg to 6 kg CO2, lot Paryż – Nowy Jork – 500, a 50 l benzyny 50: zobacz TU i TU.
Zaczniemy się dziwić, a nawet nieco denerwować, gdy okaże się, że w połowie czerwca trzeba będzie wykupić (a to nie są tanie rzeczy, jak mawia nasz ulubieniec Kiepski) dodatkowe limity, bo zamknęli nam szlaban na benzynę. A my właśnie w tym roku mieliśmy wyruszyć na upragnione wakacje do Włoch i Hiszpanii naszym nowiutkim SUV-em. To jeszcze pół biedy, gorzej jak zbliżymy się do limitu spożycia mięsa, szczególnie tego zdrowszego, wołowego. To będzie na sporządzanej liście szczególnym luksusem, bo – wiadomo – krowy wydalają (i przodem, i tyłem) jeszcze większe świństwo niż dwutlenek – METAN. A ten rozpuszcza lodowce ze 40x szybciej niż CO2. Oj, będzie się działo!
Chyba już wszyscy wiedzą, o co chodzi? Oczywiście o „globalne ocieplenie”! Napisano o nim już tyle, że zużytymi na papier drzewami można byłoby zalesić jakieś pół Sahary, a już Pustynię Błędowską na pewno. Tyle, że – jak w wielu innych sprawach – co do przyczyn zjawiska trwają zaciekłe spory. I nie zakończą się zapewne w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. Póki co zwycięża opcja, w której praktycznie jedynymi winowajcami jesteśmy my sami. Choć ostatnio sporo zwala się na krowy, dziwnie nie zauważając milionów przeżuwaczy afrykańskich czy jakichś tam żyjątek z mokradeł znajdujących się głównie w Sudanie, które odpowiadają za ponad 1/3 wzrostu stężenia CH4 w ostatnich latach (a warto poczytać i o nich, by mieć bardziej wyważone poglądy). Tym niemniej, jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, niech spojrzy na te ilustracje (patrz niżej). Obleciał strach, co? Lecz o tym, czy jest on uzasadniony będziemy pisać innym razem…


Cieszmy się, że paszport węglowy to i tak rozwiązanie w miarę cywilizowane. Bo np. Jane Goodall (ta od małp; podobno niezwykła osobowość, wyjątkowa, kochająca publiczność, spokojna, o cudownym poczuciu humoru, choć twierdzi, że jest nas za dużo i stwarzamy planecie problemy), Jacques Cousteau (badacz mórz; ten, z kolei, w celu ustabilizowania populacji, proponuje eliminować 350 000 ludzi dziennie) czy Cameron Diaz (jak na aktorkę przystało, popisała się wyjątkową inteligencją: Szczerze? Nie potrzebujemy więcej dzieci. Mamy wielu ludzi na tej planecie) mają, jak widać, bardziej skuteczne metody. Szkoda, że żadne nie dało osobistego przykładu!? Wszystkich jednak przebił książę Filip II: W przypadku reinkarnacji chciałbym przywrócić śmiertelny wirus, aby przyczynić się do rozwiązania problemu przeludnienia (ZOBACZ). Może mu się udać, bo zmarł już jakiś czas temu. Całkiem oryginalna jest również ta propozycja: ZOBACZ. Jest manifestem Ruchu na rzecz wyginięcia rodzaju ludzkiego. Swoją drogą też mogli już zacząć ostrzej działać.
Ale, siłą rzeczy, w końcu stanęło na tym: NIE RODZIĆ DZIECI! Naukowcy ze szwedzkiego Uniwersytetu Lund przekonują, że jednym z rozwiązań na poprawę klimatu na Ziemi jest… pozbycie się dzieci, bo wytwarzają zbyt dużo CO2. Teraz należy tylko czekać na to, jak aborcję będzie się naukowo usprawiedliwiać ochroną klimatu. Szwedzi proponują też całkowitą rezygnację z jazdy samochodem, komunikacji lotniczej (niech powiedzą to globalistom z WEF) i przejście na wegetarianizm. Ekoterroryści proponują więcej aborcji i antykoncepcji, a w mediach zaczynają brylować „męczennicy”, którzy zdecydowali się na wazektomię (w ich przypadku to akurat całkiem niezłe rozwiązanie). A w Anglii przeprowadzono niedawno nader ciekawą kampanię reklamującą sterylizację. Na banerach reklamowych można było zobaczyć pięcioro białych dzieci, a obok nich hasło: „Wyobraź sobie miasto mniej zatłoczone i zrób swoje… wysterylizuj się!”. Jest to całkiem ciekawy szczegół w „kolorowym” społeczeństwie anglosaskim, gdzie białych z każdym rokiem jest coraz mniej. Sprawdźcie to:
I pomyśleć, że w tym wszystkim całkiem rozsądnie zachowało się Światowe Forum Ekonomiczne, które tylko wezwało do uboju milionów kotów i psów na całym świecie w celu zmniejszenia „śladu węglowego”: ZOBACZ. To, że zadarło z posiadaczami milusińskich to już inna sprawa.
Wróćmy do szczegółów. Hans Joachim Schellnhuber, czołowy niemiecki naukowiec z Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu, uważa, że aby ocalić planetę przed „zmianą klimatu”, emisja dwutlenku węgla każdej osoby musi zostać ograniczona i poddana rządowej regulacji. Wg niego każdy z nas powinien mieć limit wynoszący 3 tony rocznie. Ci, którzy go przekroczą, mają zapłacić grzywnę. Ponieważ każdy oddech człowieka powoduje emisję tego zabójczego gazu, oddychanie również musiałoby być uregulowane. Chcący pozostać poniżej limitu, muszą zużywać mniej powietrza, np. nie ćwiczyć i nie podejmować wysiłku fizycznego. W takiej sytuacji tylko bogaci mogliby normalnie żyć. Dla nich bezkarne przekraczanie limitów (równoznaczne z dokupieniem paru ton gazu) to bułka z masłem. Proste!
Obecnie przeciętny Niemiec emituje znacznie więcej (ok. 10 ton) niż proponowany limit. Ale milionerzy i miliarderzy produkują już ponad 100 ton, a wybrana garstka przekracza 2000. Bogaci będą więc mogli robić wszystko, na co mają ochotę, podczas gdy biedni zostaną „uwięzieni w nędzy bez pieniędzy, robiąc pod siebie” (dobrze, że nie dwutlenkiem, bo dostaliby dodatkową karę).
Narzędzia do śledzenia śladu węglowego są już praktycznie w fazie produkcji i plany globalistów mogą się urzeczywistnić w najbliższej przyszłości. Prototyp takiego urządzenia został zaprezentowany w zeszłym roku na dorocznym spędzie w Davos. I „dzięki takiej technologii rozwijamy zdolność konsumentów do mierzenia własnego śladu węglowego…, gdzie i jak podróżują, co jedzą…” – po prostu fascynujące!.
No i drugi podejrzany – poczciwa krasula. Ale tak naprawdę to nadal Ty i Ja!. Nie żryj mięcha, bo pierdy i beknięcia (pardonnez-moi) nas wykończą! ZOBACZ. Podobno krowom pomaga oregano, ale to żadne wyjście: ZOBACZ. I tak kolejną bzdurę wrzucono nam na tapetę (ale cóż to za problem; nie zareagowaliśmy na zasypywanie kopalni piaskiem, to walka z beknięciami krów nas wzruszy?): ZOBACZ.

Francuski gigant mleczarski Danone planuje obniżyć emisję metanu o 30% w ciągu 7 lat. Będzie promował rasy krów, które emitują mniej tego gazu, poprawi ich dietę, wydłużając okresy dojenia i wychwytując emisję z obornika. Firma szuka również innowacyjnych rozwiązań, które pomogą zredukować wydalanie, w tym maski dla krów, które będą wychwytywać gazy pochodzące z beknięć i bąków. Producent już jest: ZOBACZ.
Lewicowy rząd Nowej Zelandii ogłosił plan opodatkowania bąków i beknięć bydła, aby uchronić środowisko przed emisją metanu i podtlenku azotu. W ubiegłym roku wprowadzono opłatę za 6 mln krów i 26 – owiec, co jest nader słusznym krokiem. ZOBACZ.
Ale to może nie rozwiązać problemu. Maski maskami, ale są i tacy, którym przeszkadza smród obory: ZOBACZ.
Wszystko zmierza więc do jednego. Ratuje nas po prostu wegetarianizm, a najlepiej weganizm. Bo przecież każdy światły człowiek widzi, że krowy są i gwałcone, i molestowane: ZOBACZ.
Cóż nam pozostaje?
Nam, którym grozi zablokowanie paszportu, chyba tylko metoda Butejki. Jest to (uwaga!) lecznicza terapia oddechowa, która pomaga wyregulować poziom CO2, zapobiega hiperwentylacji (za dużo powietrza w stosunku do potrzeb) i utrzymuje nas w zdrowiu. Zbyt głębokie oddychanie (hiperwentylacja) powoduje bowiem nadmierny spadek poziomu dwutlenku we krwi, co zaburza funkcje organizmu. Wg prof. Butejki choroby są właśnie efektem obrony organizmu przed nadmierną utratą CO2. Metoda jest z powodzeniem stosowana w zaburzeniach metabolizmu oraz terapii astmy, alergii, chorób serca, wątroby i nerek, nadciśnienia, następstw zawału i udaru, zapalenia oskrzeli, nieżytu nosa i zaburzeń snu. Likwiduje także bóle głowy i serca, zapobiega zatruciom ciążowym i poronieniom, usuwa zaburzenia czynności jajników, normalizuje cykl miesiączkowy i sprzyja likwidacji impotencji. Choć i to niespecjalnie zadowoli specjalistów od „ochrony świata przed człowiekiem”. Bo co prawda sporo dwutlenku będziemy zatrzymywać w organizmie, ale staniemy się zdrowsi i bardziej płodni, a chyba nie o to w tym wszystkim chodzi? ZOBACZ.
Ale zapewne ucieszymy się i z alternatywy dla wołowego mięsa. Oto znana firma szwedzka robi furorę ze swoją ofertą wegańską: ZOBACZ.

I chyba nawet największym oponentom nie przyjdzie do głowy niedyplomatyczne: a ch… z tą ofertą!?
