CO MOŻE WEJŚĆ PRZEZ OKNO?
Dawno temu, wiosną 1993 r. jedna z moich byłych studentek zgłosiła się do mnie z poważnym problemem. Z relacji, którą przedstawiła, wynikało, że jej małe dziecko jest w nocy atakowane przez „dziwne, szare robactwo”. Nie pozostało mi nic innego tylko udać się pod wskazany adres (ul. Krakowskie Przedmieście 39, a więc ścisłe centrum Lublina) i przeprowadzić „śledztwo”.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy na podłodze i ścianach strychu nad mieszkaniem, gdzie doszło do ataku, dostrzegłem dziesiątki małych, szarawych „tarczek na nóżkach”. A wszędzie pióra, puch i wysuszone odchody gołębi. Nie miałem żadnych wątpliwości. Chodziło o obrzeżki, pasożyty gołębi, które z braku właściwych żywicieli (gołębnik sprawiał wrażenie od dawna opuszczonego) zaatakowały mieszkańców. Sprawa została opisana w jednym z lokalnych dzienników. Skończyło się trochę zabawnie, choć przy okazji mnie się nieźle oberwało od szefowej. Otóż dziennikarze – węsząc sensację – „poszli na całość”. Kilka dni później, bez jakiejkolwiek konsultacji, donieśli na pierwszej stronie, że w Lublinie mamy do czynienia z epidemią obrzeżków. Na jakiej podstawie? Po prostu Czytelnicy dostarczyli im mnóstwo różnego „robactwa”, które hurtem uznano za groźne ektopasożyty.
Obrzeżek gołębi Argas reflexus jest rozpowszechnionym w Europie krwiopijnym ektopasożytem ptaków, głównie gołębi. W przypadku braku naturalnych żywicieli atakuje także ludzi. W Polsce wykryto go w wielu miastach, głównie w południowej części kraju. Siedliska znajdują się na strychach, poddaszach kościołów, biurowców i domów mieszkalnych oraz w gołębnikach. Dzień spędza zwykle w ukryciu w pobliżu gniazd i nocnych kryjówek gołębi. Swoje ofiary atakuje w nocy. Wrażliwość zaatakowanych osób jest różna. Mogą pojawić się m.in. obrzęk z rumieniem, świąd, ból, gorączka i osłabienie oraz zatrucia o różnym stopniu nasilenia. Najbardziej spektakularnym, nagłośnionym medialnie, przykładem były ataki obrzeżków na hejnalistów wieży Kościoła Mariackiego w Krakowie (sierpień 1979), które wyraźnie nasiliły się od chwili rozpoczęcia remontu. Ale w tym przypadku chodziło o pokrewny gatunek – Argas polonius. Obrzeżki są rezerwuarem kleszczowego zapalenia mózgu, gorączki Q, piroplazmozy i spirochetozy.
Ptaszyniec Dermanyssus gallinae to drobne krwiopijne roztocze o długości nie przekraczającej 1 mm. Pierwotnie bytował wyłącznie w gniazdach dzikich ptaków (gołąb, szpak, wróbel, jaskółki, dzięcioły, kuraki). Dziś występuje w kurnikach, gołębnikach i – rzadziej – klatkach ptaków ozdobnych. Może także atakować drobne ssaki, a nawet koty, psy i konie. Często napada też na człowieka, najczęściej podczas pracy w kurniku czy gołębniku. W miejscu ukłucia pojawiają się silny świąd, ciemnoróżowe plamki średnicy 2-3 mm, z których sączy się płyn albo bąble do wielkości 1 cm. Ślady po masowych ukłuciach mają wygląd wysypki.
Zapewne nikomu nie jest obcy widok charakterystycznych gniazd we wnękach okiennych i pod balkonami naszych domów. Należą one do oknówek, które lęgną się zwykle w koloniach, które mogą liczyć, jak ta na rynku w Kazimierzu Dolnym, nawet kilkaset gniazd. Nie każdemu z nas podobają się takie obrazki. Tym bardziej, że w okresie karmienia młodych okna i elewacje nie wyglądają najlepiej. Lecz to nie jedyny problem, z jakim spotykamy się w tym przypadku. Otóż bardzo częstym „gościem” jaskółczych gniazd bywa pluskwa Oeciacus hirundinis. W pewnych okolicznościach opuszcza ona swoje lokum i przechodzi do mieszkań, atakując ludzi. Objawy ataku są typowe dla pluskw (bardziej znana jest pluskwa domowa, która ponownie robi „światową karierę”, szczególnie w USA i Kanadzie).
SPRZYMIERZEŃCY MPO CZY NIESPODZIEWANI WROGOWIE ZABYTKÓW?
Ptaki miejskie w znacznym stopniu odżywiają się tzw. pokarmem antropogenicznym, którego źródłem jest człowiek. Jest to w znacznym stopniu efekt świadomego dokarmiania. Ale potrafią też radzić sobie same. Jeszcze przed „erą plastykowych opakowań” było to zadanie niezwykle łatwe. Kawka, gołąb, szpak, wróbel czy gawron dawały sobie doskonale radę. Po prostu śmieci było „wszędzie pełno”.
Teraz zmieniło się to diametralnie. Ale ptaki nie dały za wygraną. Na początku zastanawiałem się, przechodząc obok śmietników i koszy na śmieci, komu „zależy” na wyrzucaniu ich zawartości. Grzebać w śmieciach? Choć dla wandala i to jest w końcu jakąś tam rozrywką. Tajemnica wyjaśniła się dość szybko. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że najbardziej „twórcze” w tym dziele są kawki. Od tego czasu coraz częściej obserwowałem, jak z determinacją opróżniały kosz, by w końcu trafić na smakowity kąsek. Swą szansę zwietrzyły też szpaki, a nawet bogatki, które potrafią takimi frykasami karmić swoje pisklęta.
Lecz obfitość łatwo dostępnego pokarmu to jednak głównie problemy. Ptaki brudzą groby, posadzki, utwardzone place, elewacje, pomniki i inne obiekty. Ich odchody zawierają wyjątkowo szkodliwy kwas moczowy (wszak ptaki to zwierzęta urykoteliczne), co szczególnie grozi stojącym pod przysłowiową „chmurką” samochodom. Bo często nie jest to tylko kwestia usunięcia resztek kału, lecz wymagających naprawy zniszczeń. Szczególnie niewdzięczną rolę gra gołąb miejski. W jego przypadku największym problemem jest zanieczyszczanie odchodami budynków mieszkalnych oraz obiektów sakralnych i zabytkowych. Poddasza miejskich budynków to często miejsca zalegania ton gołębich odchodów i martwych ptaków. To może grozić nawet stropom. Tego nie widać. Ale zobaczmy, jak wyglądają elewacje, często bardzo cennych, odnowionych za ogromne pieniądze, zabytków? Każdy, kto spacerował po reprezentacyjnym Placu Litewskim w Lublinie, przypomina sobie widok upstrzonego szarawobiałymi plamkami pomnika Marszałka Piłsudskiego.
PARAPET NIE JEST NAJLEPSZĄ PTASIĄ STOŁÓWKĄ
Gołąb to ptak kontrowersyjny. Jednych rozczula, innych irytuje. Ci pierwsi nie są w stanie przejść obojętnie obok gruchającego stadka i roztkliwieni dzielą się z nimi śniadaniem. Drudzy nie mogą znieść widoku gołębich stołówek na swoich osiedlach czy miejskich placach. Nieobcy jest nam widok człowieka taszczącego pod śmietnik reklamówkę chleba. Wystarczy trochę wilgoci i czasu. Żywność szybko psuje się i zaczyna nieprzyjemnie pachnieć. A resztki walają się wokół. Jeszcze gorzej, gdy taką stołówkę urządzamy na parapecie lub balkonie. Zanęcone ptaki, szczególnie gołębie, stają się uprzykrzonymi, krnąbrnymi gośćmi. Najpierw okruch chleba, trochę odchodów, potem kilka patyków i – zupełnie niespodziewanie – jaja. No i pisklęta, i coraz więcej odchodów. A pozbyć się ich jest niezmiernie trudno. Tym bardziej, że gniazda niszczone na etapie budowy, są odbudowywane prawie natychmiast.
Pamiętam, jak przypadkowo zostawiłem na noc i na cały następny dzień otwarte okno balkonowe. Nie bez zdziwienia ujrzałem pod jednym z foteli prawie całkowicie wykończone gniazdo. Jak się gołębiowi funduje regularne posiłki, to się poczuje domownikiem i trudno go będzie potem wyprosić. I pamiętajmy co „transferują” i gołębie, i wróble. Nie kuśmy losu!
THRASH I BLACK METAL Z DACHU, ZIEMI I POWIETRZA
Na co dzień mamy w miastach i takie atrakcje. Szczególnie jak mieszkamy na ostatnim piętrze, a nad nami zbierają się na pogawędki kawki czy sroki. Ich natrętne głosy i zgrzytanie pazurów po blaszanych dachach i parapetach rozlegające się od brzasku nie należy do najprzyjemniejszych wiosennych wrażeń. W takich warunkach nawet zwykłe ćwierkanie wróbla może wyprowadzić z równowagi.
W niektórych okolicach zmorą mieszkańców jest nieustanne krakanie dochodzące z kolonii lęgowej lub noclegowisk gawronów. W Lublinie taką podwójną rolę pełnił przez wiele lat park przyszpitalny przy ul. Abramowickiej. Nieustanny gwar dochodzący z tysiąca gniazd, przede wszystkim po wylęgu młodych, z pewnością nie pomagał placówce w osiąganiu sukcesów. Szczególnie zważywszy na jej charakter. Przypomnę, że jest to szpital neuropsychiatryczny. Niewiele lepiej było późną jesienią i zimą, kiedy w to samo miejsce ściągały na nocleg tysiące gawronów i kawek.
W nadmorskich kurortach szczególnie uciążliwe są głośne okrzyki mew srebrzystych. Z łatwością przebijają się one przez gwar uliczny. Wyobraźmy sobie zatem, jak są one odbierane wczesnym rankiem, często po „wyczerpującej” nocnej eskapadzie.
I na koniec coś zaskakującego. Pewnej wiosny z niekłamaną radością stwierdziłem, że pod koniec kwietnia zawitał pod okno mojego bloku słowik szary. Pojawił się w nocy i od razu urządził prawdziwy koncert. Ponieważ w zieleni miejskiej, szczególnie osiedlowej, słowiki bardzo często zatrzymują się jedynie na kilka dni, zacząłem nawet żałować, że to potrwa tak krótko. Ptasi artysta „wyczuł” moje obawy… Nie odlatywał, śpiewał wytrwale każdej nocy. Przez pierwszy majowy weekend, kolejny tydzień, po dwudziestym… No i stało się! Jego trele stały się po prostu…nie do zniesienia. Otwarte okno, głęboka noc, budzę się na moment i słyszę ten „potężny”, w nocnej ciszy, śpiew. Skończyło się jak w słynnym przeboju H. Ordonówny: „Noce takie są upalne, i słowiki spać nie dają…”. Po prostu zacząłem zamykać okno. Czy zrobili to Sąsiedzi, nie wiem. Ale chyba i słowik skończył nie najlepiej. W końcu maja słyszałem kilkakrotnie jego zaniepokojone głosy, a w pobliżu kręcące się sroki, która zapewne „namierzyły” i zniszczyły lęg.
HITCHCOCK MÓGŁ MIEĆ RACJĘ – PROBLEMY NADMORSKICH KURORTÓW I NIE TYLKO
Od premiery „Ptaków” Alfreda Hitchcocka obudziła się w ludziach nieufność do mew, pokazanych w słynnym thrillerze jako niebezpieczne i agresywne ptaki. Z czasem powoli o tym zapomnieliśmy. Tymczasem w nadmorskich miastach wciąż zdarzają się sceny przypominające te ze wspomnianego dzieła. Nieustannie mnożą się skargi na ataki mew, szczególnie w okresie lęgowym. Ptaki zmieniły swoje zwyczaje i coraz częściej atakują intruzów na „swoim” terytorium.
Mewy dotychczas gniazdowały z dala od zabudowy. Jednak coraz częściej wybierają dachy domów. I nieustannie dochodzi do ich konfliktów…z ludźmi. Często kończy się to drobnymi zadrapaniami i rozdartą odzieżą. Mewom przestały też smakować ryby, więc gromadnie atakują i pożerają gołębie. Potrafią też bez kłopotów wyrwać kanapkę z ręki. Takie incydenty często zdarzają się na plażach. Agresywne ptaki utrudniają też prowadzenie napraw i remontów.
W większości miast jednym z najbardziej charakterystycznych gatunków stała się wrona. W obronie swych miejsc lęgowych potrafi zaatakować małe psy, a nawet miejskie lisy. Zdarzają się też napaści na ludzi. Takie fakty odnotowano np. w Warszawie i Wrocławiu, gdzie wrony gniazdują już od lat. Z podobnym zachowaniem można spotkać się także w przypadku kawki, która zaciekle atakuje psy i koty, a i człowieka też potrafi nastraszyć.
Zupełnie niespodziewanie jednym z zagrożeń w miastach stał się typowy leśny drapieżnik – krogulec. W Lublinie zaczął on gniazdować ponad 20 lat temu i od tamtej pory populacja rozrosła się do kilkunastu par. Ptaki zakładają gniazda w parkach, na cmentarzach, a nawet w zadrzewieniach przyulicznych. Leśne krogulce są ptaki skrytymi i płochliwymi. Tymczasem te „lubelskie” wręcz przeciwnie. Mało! Potrafią zaatakować zbyt ciekawskich. Ponieważ dla ornitologa lęgowy krogulec w mieście to nie lada gratka, staram się znaleźć w Lublinie jak najwięcej gniazd. Jednak przebywanie w ich pobliżu niekoniecznie jest bezpieczne. Kilkakrotnie zaatakowała mnie, zupełnie znienacka, wyraźnie większa od samca, samica. Obrażeń nie odniosłem, ale trochę emocji było.
I CO DALEJ?
Ptaki – jak widać – mogą być siedliskiem wielu patogenów, z których część może być przenoszona na ludzi i zwierzęta domowe. Niektóre zoonozy mają duże znaczenie i ich kontrola może wymagać zmian w regulacji populacji ptaków. Jeśli problemy dotyczące chorób odzwierzęcych mają być skutecznie rozwiązane, istnieje potrzeba ściślejszej współpracy między ornitologami i specjalistami zdrowia publicznego, wzrostu badań nad chorobami ptaków i gromadzenia odpowiednich danych.
Na „pierwszy ogień” poszły burzliwie rozwijające się miejskie populacje gołębi. Skuteczne ograniczenie ich liczebności może nastąpić w wyniku zablokowania dostępu do potencjalnych miejsc gniazdowania i bazy pokarmowej. W wielu miastach europejskich do karmy dla gołębi dodaje się środki antykoncepcyjne, żeby nie mnożyły się w niekontrolowany sposób. Pomaga również zabezpieczenie okienek na poddaszach, co uniemożliwia ptakom zakładanie gniazd. Już ponad 30 lat temu w Niemczech proponowano odłowy, odstrzał i – szczególnie zalecaną – sterylizację.
Większość metod odstraszania ptaków opiera się na stworzeniu im nieprzyjaznego środowiska w miejscu dotychczas optymalnym, lecz z naszego punktu widzenia niepożądanym. Najpowszechniej stosowane są kolce. Przykleja się je do gzymsów, parapetów i wszystkich miejsc, z których chcemy usunąć ptaki. Metoda nie jest tania i – często – nieskuteczna. Ptaki wiją bowiem gniazda na kolcach, wykorzystując je jako elementy konstrukcyjne. Jej niewątpliwą wadą jest także możliwość kaleczenia ptaków przez ostre kolce. Była ona wielokrotnie piętnowana przez media.
Coraz powszechniej stosowane, choć mało estetyczne, są siatki zabezpieczające. Ich montaż jest kosztowny, lecz skutecznie chronią elewacje obiektów przed odchodami ptaków. Z kolei metoda z wykorzystaniem urządzeń hukowych w warunkach miejskich pozwala płoszyć ptaki jedynie w parkach. Poza miastem jest stosowana na lotniskach, stawach rybnych, sadach i wysypiskach odpadów komunalnych. Metoda pozwala na odstraszanie ptaków trudno płochliwych, takich jak wróble, gołębie i kwiczoły. Jest skuteczna tylko w pierwszej fazie stosowania. Istotną jej wadą jest bowiem fakt przyzwyczajania się ptaków do stale powtarzających się dźwięków.
W dużym stopniu pozbawiona tych wad jest metoda biosoniczna. Wykorzystuje się w niej głosy przerażenia gatunku, który jest wypłaszany oraz wydawane przez ptaki drapieżne. Odtwarza się je z różnych nośników audio. Dźwiękowy odstraszacz ptaków jest bardzo skuteczny przede wszystkim na lotniskach, w sadach, parkach i składowiskach odpadów komunalnych. Natomiast zupełnie nie reagują na niego gołębie.
Na różne elementy budynków można także nanosić specjalny żel. Jest to bezpieczna nietoksyczna substancja, która przez okres do kilkunastu miesięcy zachowuje lepką konsystencję. Ptaki wyraźnie unikają siadania w tych miejscach.
Jednym z najnowocześniejszych sposobów jest zastosowanie do płoszenia ptaków specjalnej taśmy. Jest to opalizująca barwami folia dyfrakcyjna, która działa na wzrok, słuch i wrażliwość ptaków. Wykonana jest z cienkiej wstęgi poliestrowej, na której nadrukowano holograficzny wzór w postaci nakładających się kółek. Wzór ten przypomina oczy sowy, naturalnego wroga wielu ptaków. Nawet lekki powiew wiatru wywołuje dodatkowy efekt powodujący drganie taśmy, które jest źródłem ostrego metalicznego grzechotania niepokojącego ptaki.
Stosukowo nową metodą jest płoszenie ptaków przy pomocy ultradźwięków. Jej skuteczność ogranicza się jednak do pomieszczeń zamkniętych lub częściowo zadaszonych. W końcu stosuje się laserowe głowice przeznaczone do płoszenia ptaków wewnątrz obiektów takich jak hipermarkety, hale magazynowe, hale produkcyjne czy zadaszone wiaty.
Od dawna stosowane są metody sokolnicze, uważane za bardzo skuteczne, lecz jednocześnie bardzo drogie. Wymagają użycia dobrze wyszkolonych ptaków drapieżnych. Takie odstraszanie ptaków jest najczęściej spotykane na lotniskach. Moje obserwacje wskazują, że dały one efekt w przypadku gawrona, choć nałożył się na to z pewnością wyraźny trend spadkowy jego liczebności w kraju.
W Polsce działają także firmy, które oferują usługi w zakresie skutecznej kontroli liczebności nadmiernie rozwijających się ptasich populacji i ochrony budynków przed ich obecnością.
Jednak temat ten będzie zawsze wzbudzał emocje. Jak każdy inny. Rozejrzyjmy się wokół – prawie wszędzie mamy do czynienia z zaciekłymi sporami. O globalne ocieplenie, o wiatraki, o plastykowe opakowania, o szczepionki, o wojnę na Ukrainie, o jedzenie „robaków”….Czy „ptaki w mieście” mają być wyjątkiem?

Dodaj komentarz