Czy już niedługo tytułowe zdanie zamienimy choćby na takie: dlaczego w zupie jest tylko jedna mucha, przecież zamawiałem dwadzieścia? Może będzie trochę kłopotów, ale w naszym zwariowanym świecie już nie takie rzeczy się działy…
A w ogóle jedzenie to nader złożony problem. Czy ktoś kiedyś zastanawiał się, że mamy do czynienia z niezwykle bogatą listą produktów będących dla nas pokarmem? Praktycznie wszystko może nim być. Wiedzieliście, że niegdyś w Polsce regionalnym przysmakiem był pospolity tasiemiec zwany ligulą bądź rzemieńcem? Patelnia, olej, przyprawy…palce lizać! W Chinach do dziś uwielbiają zgniłe jaja, a w Szwecji – sfermentowane śledzie. Bo pieczone szczury, smoothie z dżdżownic czy kotlety z psów i kotów to już „normalka”. Prawie każdy zna cykliczny program „Szokujące potrawy” Jarosława Nowaka. A tam rzeczy wręcz niewiarygodne. Brnijmy jednak dalej. Weźmy choćby taki kanibalizm, koprofagię (zjadanie kału) czy geofagię (połykanie ziemi). Zjawiska niezwykle powszechne w świecie zwierząt. Ale najciekawsze, że wszystkie występują również…u człowieka. Choć „prawdziwi koneserzy” potrafią także wyjeść łyżeczką mózg z czaszki żywej małpy, specjalnie unieruchamianej w tym celu. ZOBACZ. I już tylko nostalgiczny uśmiech wywołają wspomnienia ze słynnej „Gorączki złota”, gdzie niezapomniany Charlie Chaplin zjada starego buta (spaghetti ze sznurowadeł to był majstersztyk!) ZOBACZ. Bo połykanie żywych ośmiornic jest przy tym zwykłym banałem.
Niezwykle ciężko jest więc mówić o jakichkolwiek dietetycznych rewolucjach. Lecz gorsze jest coś innego. W składzie spożywanego pokarmu mogą pojawiać się naprawdę nieciekawe rzeczy. I pierwszy z brzegu przykład. Wiadomo, że w ramach deklarowanej „dozgonnej pomocy” dla bohatersko broniących nas przed bombami Putina sąsiadów, szeroko otworzyliśmy granice dla ukraińskiej pszenicy. Mniejsza już o turbulencje na rynku żywnościowym, bo to jest w sumie nieistotne. Otóż tysiące ton tego „technicznego” (z przeznaczeniem na opał i biopaliwa) zboża skażonego pestycydami, mykotoksynami i wszelkim „robactwem” (głównie szkodniki magazynowe) trafiło do polskich młynów i stało się „chlebem naszym powszednim”. ZOBACZ. Zresztą podobnie było z kukurydzą. ZOBACZ.
Ale dajmy sobie spokój z polityką. Popatrzmy jeszcze przez moment na „żywność przetworzoną” (pisałem o niej w innej notce). Powszechnie znany jest fakt, że z 1 kg mięsa można zrobić dwa razy więcej „szynki”, zaś z 2 kg mięsa – kilogram kiełbasy. A gdy obydwa produkty trafią obok siebie na półkę sklepową, pierwszy zniknie prawie natychmiast. Dziwne? Eeee, przecież był w promocji! I tylko wypada zapytać, skąd wziął się w nim ten dodatkowy kilogram?
Wróćmy więc do „dodatków”. Już samo mięso może być problemem (np. zawiera leki czy hormony), ale o wiele ważniejsze są „przyprawy”, np. bisfenol A (niebezpieczny dysruptor endokrynny, który może nam nieźle namieszać w ustaleniu tożsamości seksualnej), glifosat (substancja czynna randapu) czy – dajmy na to – cudze/sztuczne mRNA, którego – zgodnie z wolą i życzeniem „najwybitniejszego” lekarza / biologa / epidemiologa / dietetyka / demografa / wizjonera / cwaniaka / hochsztaplera /…..(tu można wstawić swoje typy) wszechczasów, niejakiego Billa Gatesa – już niedługo w naszej „żywności” będzie więcej niż skwarków w przysłowiowej kaszy! ZOBACZ.
Nie to jest jednak najważniejsze. Oto – mimo ogromnego marnotrawstwa żywności (podobno aż 30% produkcji) – zatroskani o los świata dobroczyńcy ludzkości przestrzegają nas przed krążącym nad nami od pewnego czasu widmem głodu. Dziwne, ale od razu kojarzy się to z marksistowskim widmem komunizmu. Żeby to tylko o „głód” chodziło, to może wystarczyłaby żywność GMO. Ale podobno dusimy się i metanem, i dwutlenkiem węgla, że o niemiłosiernym gorącu nie wspomnę. Padają więc coraz bardziej zuchwałe i radykalne propozycje.
Nie chcem, ale muszem – powiedział w końcu szef wszystkich szefów, niejaki Klaus Schwab. No i zaczęło się.
Wegetarianizm niespecjalnie wypalił, nie mówiąc już o weganizmie. Tym bardziej, że ostatnio trochę namieszała Hiszpania. Oto od niedawna można tam nie tylko doić krowy i – bez ich zgody – je zapładniać, ale nawet z nimi współżyć płciowo (pod warunkiem, że nie zrobi im się krzywdy!). Jednym słowem molestowanie bydła jest już passé! Tyle, że krowy nikt o pozwolenie nie pyta, bo nie powie przecież, że boli ją głowa. ZOBACZ.
Tym niemniej stoczyliśmy naprawdę zażarty bój! Nie zastanawiało Was, że nad krowami najpierw się użalano (molestowanie), by potem wskazać je jako główne źródło metanu (a ten jest jeszcze gorszy od dwutlenku!). Bogu ducha winne świnie padły natomiast ofiarą ASF (całe stada zostały bezwzględnie zutylizowane tylko dlatego, że mogły zagrażać kolejnym; dodam jeszcze, że ich mięso można było spokojnie spożywać, a u człowieka nigdy wirusa nie stwierdzono!), który wykryto u dzików, drób zaś zlikwidowano w ramach walki z ptasią grypą (a niby kto miał na nią chorować?). ZOBACZ
Nic więc dziwnego, że od końca stycznia 2023 r. „robactwo” zaczęło błyskawicznie wpełzać we wszystkie możliwe miejsca – do farm, fabryk, restauracji, sklepów, telewizji, radia, gazet, internetu. I, co oczywiste, także do umysłów polityków. Czy ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości wobec nadchodzącej rewolucji? U nas wszyscy ważni, jak jeden mąż zakrzyknęli: bo Bruksela, bo dwutlenek, bo głód, bo zanieczyszczenie środowiska, bo topnienie lodu na Antarktydzie, bo kataklizmy…
No i tak dotarliśmy do najnowszego hitu, a właściwie chityny występującej bardzo obficie w nowej „zdrowej żywności”. Można by całe stronice zapełnić, wskazując jej możliwe działanie niepożądane, ale szkoda czasu. A więc najkrócej, jak to możliwe. Chityna indukuje syntezę cytokin, powstawanie leukocytów i aktywację makrofagów. Zatem akceptowalne jest wyłącznie białko owadów w 100% oczyszczone z tego polisacharydu. Inaczej grożą nam stany zapalne i choroby autoimmunologiczne. Poza tym ludzkie chitynazy i chitynazo-podobne białka (CLP) są zaangażowane w etiopatogenezę takich chorób jak astma, rzs, nieswoiste zapalenie jelit, zwłóknienie i marskość wątroby, miażdżyca czy nowotwory. Pewne białka wiążące chitynę mogą także reagować z RNA, stając się kluczowym czynnikiem w potranskrypcyjnej regulacji genów. ZOBACZ Należy także brać po uwagę czynniki biologiczne (bakterie, wirusy, grzyby, pasożyty) i zanieczyszczenia chemiczne (pestycydy, metale ciężkie) występujące w „nowej żywności”. Zobacz TO i TO. Wielką niewiadomą jest potencjalnie nowa szansa dla HGT (horyzontalny transfer genów) na styku rośliny – owady – człowiek. Tak czy owak, zapowiada się niezła jatka.
W telewizjach śniadaniowych, a brylowało w tym tvpinfo, specjaliści codziennie od samego rana zachwalali dziesiątki przepisów na nową, wyjątkowo zdrową żywność – „wspaniałe źródło” zwierzęcego białka! ZOBACZ. Tylko jeden Chajzer zareagował, nazwijmy to, nieco powściągliwie. ZOBACZ.
Aż w końcu pojawił się znienacka Trzaskowski, przypominając o akcesie naszej stolicy do pewnego projektu. ZOBACZ. Paręnaście godzin trwało potężne zamieszanie, szczególnie w szeregach PiS-u. I zaczął się prawdziwy odwrót. „Prawi i sprawiedliwi” zwietrzyli niepowtarzalną szansę! Toż jesienią są wybory! Przecież nie ma lepszej okazji, by winą za nachalną reklamę teraz już „wstrętnego” robactwa zrzucić na odwiecznego wroga i rywala.
Ludzie, zobaczcie jaką przyszłość szykują nam Tusk, Trzaskowski i całe PO!!! My, PiS, nigdy do tego nie dopuścimy! I wiele „znanych twarzy” wybrało się pośpiesznie do restauracji, gdzie porobiło sobie foty nad talerzami pełnymi mięsiwa i frytek, by pokazać, że takie żarcie wręcz uwielbiają i nikomu, kto na nich zagłosuje w najbliższych wyborach, podobnych frykasów też nie zabronią. Wszystko zostanie po staremu! Tyle, że na tę okazję tvpinfo musiało całkowicie zmienić narrację. Ale u nich to żaden problem. Od paru dni wybrzydzają zatem okrutnie i na wstrętne robale, i na opozycję. Zobacz TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.
Ale ja, niezależnie od drobnych potyczek na naszym podwórku, w tę gwałtowną zmianę menu wątpię! Czeka na nas bowiem jeszcze jeden, „nie cierpiący zwłoki”, problem – zoopolis, czyli prawa polityczne zwierząt, ot choćby królików, szczurów czy myszy, których zabicie – nawet we własnym domu – może skończyć się, np. we wspomnianej Hiszpanii, wieloma miesiącami więzienia! Więc co będzie, jak obejmą takim immunitetem wszelkie „robactwo”? Jest to całkiem realne, tym bardziej, że pojawiła się jakiś czas temu kolejna piękna, jakże humanistyczna, idea. Oto już niedługo będziemy dbać nie tylko o zdrowie człowieka, lecz – kompleksowo – o dobrostan wszystkich istot! I roślin też, bo mamy coraz więcej dowodów na ich „inteligencję”. ZOBACZ.
Nie wykluczam jednak „okresu przejściowego”. Być może „obrońcy planety” wymyślą coś takiego: nie grzebiemy zwłok, pozwalamy robakom na prawdziwą ucztę, a potem sami te robaki konsumujemy, np. z gorącą czekoladą! W myśl hasła: dziś Ty robaki, jutro one Ciebie! ZOBACZ.
I na koniec, już na maksa włączmy wyobraźnię! Myślę, że ta niespotykana hucpa skończy się „białkiem konsumpcyjnym” produkowanym przez bakterie, np. takimi rarytasami jak befsztyk o smaku mięsa ludzkiego! Przecież i kanibale też muszą mieć swoje pięć minut! W końcu szczęśliwi mamy być wszyscy! Zobacz TO i TO.
ZOBACZ. A w ogóle to jest w końcu ta „wymarzona” zdrowa żywność: ZOBACZ.
I, realizując te szczytne idee, wrócimy do sienkiewiczowskiego, ulubionego przez imć Zagłobę, powiedzonka: A niech zginę ja i pchły moje! Co oznacza, ni mniej, ni więcej, tylko to, że pchły mają nam towarzyszyć do samego końca, albo naszego, albo ich.
Jeśli ktoś nie polubi nowego menu, zostaną mu kursy medytacji oraz przejście na bretarianizm zwany inedią (po naszemu: niejedzenie i wystawianie pleców na słońce – taka „fotowoltaika”). Zapewne niewielu odniesie sukces, ale – pomyślmy – ile zyska na tym nasza Matka-Ziemia!
A w ogóle to chcemy mąki ze świerszczy z wolnego chowu!
p.s. gdy się jednak skończy tylko na robalach, pamiętajcie, że przestrzegałem: ZOBACZ.
