W połowie września ubiegłego roku w jednym z renomowanych czasopism naukowych ukazała się publikacja, której tytuł brzmi dość tajemniczo: A potent physiological method to magnify and sustain soleus oxidative metabolism improves glucose and lipid regulation https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S2589004222011415. Kto jest zainteresowany, niech zajrzy do tekstu, choć jest on w odbiorze „nieco” trudny.
Efekty żmudnej pracy badaczy zostały w niej opisane wręcz drobiazgowo. A dotyczy ona…naszej łydki, a konkretnie, niedocenianego wg badaczy, mięśnia płaszczkowatego. Jak się okazało ma on fenomenalne zdolności. Mianowicie pozwala nam – prawie w każdej sytuacji, lecz zwykle gdy się poruszamy – niezwykle istotnie wpłynąć na metabolizm glukozy i lipidów w organizmie. Jest to efekt wręcz niewiarygodny, bo Autorzy w konkluzjach jasno wskazują, że ten niezwykły mięsień wręcz pożera i triglicerydy (tłuszcze) i, szczególnie, glukozę, sięgając po nie do krwi. Przekłada się to m.in. na o połowę mniejsze poposiłkowe skoki glukozy i o 60% niższą hiperinsulinemię.
Dla mnie rewelacja! Przecież wiadomo, że to odkrycie dotyczy jednej z najgorszych nękających nas chorób, a tu proszę…jakie proste wyjście. Tymczasem cisza! Czy ktoś już słyszał o tym od swego lekarza, który jeszcze całkiem niedawno decydował za nas o tym, czy się szczepić?
O co chodzi? Gdybym był tylko złośliwy, moja odpowiedź brzmiałaby: o interesy big farmy. Przecież walka z chorobami, których przyczyny i mechanizm (etiopatogeneza) tkwią w nieprawidłowej gospodarce węglowodanami i lipidami, to jej chyba najbardziej dojna krowa. A tu wskazano (naukowo!) niezwykle tanią alternatywę. Bo sprowadza się ona tylko do…regularnych ćwiczeń tajemniczego musculus soleus (patrz tytuł).
Już od dawna wiadomo, że „ruch to zdrowie”! I nie wymyślili tego medycy. Tyle, że my po prostu przestaliśmy się ruszać. Dziś pokręcimy tyłkiem, ale tylko wtedy, gdy zapiszemy się na aerobik, poćwiczymy z hantlami dopiero po wykupieniu karnetu na siłownię, pokopiemy w piłkę jedynie na zorganizowanych zajęciach. Nie muszę już dodawać, że dwa lata kowidowego szaleństwa też zrobiło swoje. Izolacja, siedzenie w domu, lockdown, nauka online, idiotyczna decyzja o zamknięciu lasów i parków. I pomyśleć, że kiedyś dzieci szły na podwórko w nagrodę, a teraz za karę.
W końcu stało się coś niezwykle zaskakującego. Oto czytam, że we Włoszech i Kanadzie wypisuje się recepty na…spacer (tzw. program PaRx). I to nie jest jakieś tam ple-ple, tylko oficjalne zalecenie lekarskie https://www.termedia.pl/mz/Lekarz-przepisze-ruch-na-recepte,50646.html. Mieliśmy już w historii fajne recepty, np. w USA , gdzie wśród innych leków pojawiały się koniak bądź brandy. To nie żart, bo w swoim czasie zalecano niektórym chorym (serce) regularne picie dobrych trunków. Jest to temat wielce dyskusyjny, ale na temat pozytywnego wpływu alkoholu na zdrowie napisano już całe tomy. I nie chodzi tu o dość powszechnie znany resweratrol, którego źródłem jest czerwone wino, a konkretniej skórki winogron. Może kiedyś wspomnę i o tym.
Wróćmy do naszej, jakże oryginalnej, terapii. Otóż, dziwnym trafem, okazało się, że spacery są bardzo pomocne także w walce z depresją, lękami i dystresem, czyli generalnie mówiąc, z zaburzeniami zdrowia psychicznego. https://bjsm.bmj.com/content/early/2023/03/02/bjsports-2022-106195 I tu pojawia się szansa, że recepty na 10/15/20 minut spaceru staną się prawdziwym hitem. Zapewne władze będą zdecydowanie „za”, bo „popandemiczny” bałagan trzeba sprzątać i to wszelkimi sposobami. Tego nie da się zwalić na long covid.
Ale to nie wszystko. Dowiadujemy się bowiem, że wielu z nas będzie mieć coraz więcej czasu na spacery. Prawdopodobnie niebawem doczekamy się noweli kodeksu pracy, w którym pojawią się paragrafy regulujące zasady udzielania płatnego urlopu na…chore psy i koty https://www.rp.pl/praca-emerytury-i-renty/art38073271-platny-urlop-na-psa-lub-kota-czy-trafi-do-kodeksu-pracy .
Warto się nad tym wszystkim zastanowić, bo za kilkanaście lat co drugiemu z nas będzie się w ogóle ciężko ruszyć z miejsca https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/do-2035-roku-ponad-polowa-swiatowej-populacji-bedzie-miala-nadwage-lub-otylosc?utm_source=dlvr.it&utm_medium=twitter.
A jak sprawę pokpimy, nie realizując sumiennie recept, od 2035 r. już wszędzie udamy się na piechotę, bo samochodów, jak płaszcza w „Misiu”, po prostu nie będzie: https://tkp.at/2023/01/20/eu-plan-fit-fuer-55-abschaffung-des-privaten-autoverkehrs-ab-2035/.
Jeśli to wszystko kogoś zdenerwowało, lub już od pewnego czasu irytują go inne bzdury, niech zafunduje sobie kota. Ciche mruczenie ma bowiem korzystny wpływ na układ nerwowy i zmniejsza intensywność bólu. https://www.fitmin.pl/n/mruczenie-kota-czy-wiesz-jakie-niesie-korzysci-zdrowotne I najważniejsze: właściciele kotów żyją przeciętnie do 10 lat dłużej.
Na koniec wypada tylko zapytać, dlaczego specjaliści prowadzą nas do zdrowia najbardziej krętą z możliwych dróg? Przecież to wyniki ich badań były i są podstawą nieustannych zaleceń i stosowanych terapii. Z jakim skutkiem? Rozejrzyjmy się wokół siebie…

Dodaj komentarz