Tajemnice otyłości: potyczki nauki z praktyką…

I bez nauki ludzie już dawno zauważyli, że niezdrowo objadać się między posiłkami, jeść w nocy i „nagradzać się” przysmakami. Spostrzeżenia te były jak najbardziej trafne, ale dla „specjalistów” – oczywiście bez wartości.

Bo naukę od pseudonauki, to wyjaśnienie dla laików, różni właśnie owo drążenie w poszukiwaniu mechanizmów leżących u podłoża zjawisk. Ale nie wszystkich. Bo niektórych nauka przecież nie uznaje. Dlaczego? Chyba dlatego, że nie wie, jak się za to zabrać. A najlepiej, żeby były one  molekularne (ach, jakie to trendy!), by wskazywały, jakie komórki, cząsteczki biochemiczne i geny za tym stoją. Dla mnie to prawdziwy przeżytek, gdyż toporny materializm mnóstwa rzeczy nie jest w stanie wyjaśnić (jeszcze z własnych studiów pamiętam z filozofii materialistycznej te niewłaściwie zadane pytania).

No cóż, po raz kolejny klasyka redukcjonistycznego bełkotu. Kiedyś o nim napiszę…

Wróćmy do „naukowych” podstaw tycia. Wg luminarzy nauki dopiero poznanie tych mechanizmów, jako efekt tzw. „naukowego podejścia do problemu”, pozwala opracować zalecenia i terapie. Choć, trzeba przyznać, z różnym skutkiem. Chyba „najlepiej” medykom (a właściwie ich kieszeniom) wyszło z tłuszczami, cholesterolem, statynami i miażdżycą! 

Tak czy siak, badacze wykazali, że wytwarzający dopaminę ośrodek przyjemności i zegar biologiczny mózgu są ze sobą powiązane. Rytm wydzielania dopaminy wpływa na funkcjonowanie zegara biologicznego, który „podpowiada” organizmowi, kiedy ma przyjąć kolejną dawkę energii. Nasz metabolizm jest bowiem precyzyjnie umiejscowiony w rytmie dobowym. Prawda, jakie proste?

Interesujące, że większość substancji uzależniających (alkohol, narkotyki) bezpośrednio lub pośrednio zwiększa stężenie dopaminy w istotnych strukturach mózgu. Ale jeszcze bardziej, że do wydzielania tego neurotransmitera i odczuwania przyjemności dochodzi także podczas konsumpcji wysokokalorycznych i słodkich pokarmów. Grunt to nauka!

I co z tego, że mamy zakodowany ewolucyjnie mechanizm optymalizacji, czy nawet maksymalizacji wykorzystania pożywienia, bez szkodliwych efektów ubocznych, np. otyłości. On działa, póki człowiek funkcjonuje jak Matka Natura przykazała, tj. „od wschodu do zachodu słońca”.  Ale dziś żyjemy na inną modłę. I, co oczywiste, zakłóca to normalny harmonogram jedzenia. A mózg zapamiętuje dosłownie wszystko, co wyzwala choćby odrobinę przyjemności. Chyba w sumie normalne? Ciągle szukamy tej samej nagrody powtarzając zachowanie, które ją wywołało. Psy, i nie tylko, zachowują się podobnie.

Jeśli chcemy naprawdę zadbać o zdrowie, musimy „powrócić do źródeł”. Ale jak? Jak to jak? Planując i przeprowadzając kolejne poważne badania i eksperymenty. Bo to nauka, choć nie jest od cudownych rozwiązań, wskaże ścieżki racjonalności w życiu. I ani odrobiny szaleństwa?

Zrozumieć coś to nie znaczy poradzić sobie z tym, ale jest to z pewnością pierwszy krok. Drugim powinno być poznanie własnego organizmu i jego stanu zdrowia. Trzecim – pierwsze, małe kroczki (np. kompletna dieta pozbawiona jedynie cukru i jak najbardziej regularne spożywanie posiłków tylko w ciągu dnia) i cierpliwe znoszenie przeciwności. I to wszystko dla zdrowia? A nerwy?

Podobnie z aktywnością fizyczną. To przerażające, że połowa z nas spędza na siedząco 5 i więcej godzin dziennie, a ponad 1/3 nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej w ciągu dnia, nawet spaceru, nie licząc trasy do kuchni i lodówki.

Rzućmy może okiem jeszcze na te „przełomowe” spostrzeżenia. Badacze z renomowanego Pennsylvania State University przeprowadzili ciekawe doświadczenie „żywieniowe” z dziećmi. Te, którym polecano podczas posiłku skupić się na tym, co spożywały, jadły więcej niż dzieci, którym pozwolono po prostu zaspokoić głód. W innym badaniu wykazano, że wpajana przez rodziców zasada żywieniowa „zjedz wszystko, co masz na talerzu”, prowadziła dużo częściej  do otyłości w późniejszym wieku. Po prostu szsziok, jak mawia mój Szwagier.

Postępowanie wzbudzające w dziecku poczucie winy, powoduje zaburzenia równowagi żywieniowej. Podobnie jest w przypadku złej motywacji, np. „dopóki nie zjesz wszystkiego, nie dostaniesz deseru”

Nauczmy się na powrót słuchać organizmu! Trzeba czasami (?) zaufać dzieciom, które znają swój apetyt i możliwości. Umieją one nie tylko regulować swoje zapotrzebowanie energetyczne, ale także lepiej niż dorośli przyswajają pożywienie. Czują przy tym, że ich organizm w południe potrzebuje produktów zbożowych, a wieczorem – białka. Bo niekoniecznie trzeba łączyć oba składniki podczas jednego posiłku. Najlepiej jest jeść rozsądnie i tyle, aby dobrze się czuć. Tę właśnie zasadę w naturalny sposób stosują nasze dzieci. Dziwne? Robią to także, i to przez całe życie, zwierzęta. Oczywiście inne niż towarzyszące człowiekowi, bo tym, dzięki opiekunom, przyplątały się podobne przypadłości.

Ale od czego mamy zdobycze nauki, specjalistów od żywienia i nadgorliwych rodziców? Będziemy badać, stosować, wdrażać, walczyć…bo dla nauki nie ma rzeczy niemożliwych. Oprócz jednej – uznać mądrości ludowe, które przetrwały tysiąclecia.  

p.s. trochę dziwny tekst, ale „naukowe bicie piany” często tak właśnie wygląda; i tak pominąłem wiele nic nie znaczących, oczywiście naukowych, kwestii…

W kolejnych notkach będą już konkrety, bo otyłość ma naprawdę wiele tajemnic.

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑