Jedzenie było kiedyś po prostu…jedzeniem, aktem zaspokojenia głodu, wydarzeniem towarzyskim i, jakże często, rozkoszą dla podniebienia. Ale to już było i nie…, bo do akcji bohatersko wkroczyła nauka! I w ten sposób jedna z najprostszych i najprzyjemniejszych naszych czynności stała się przedmiotem poważnej dziedziny nauki (dietetyka) i polityki zdrowotnej oraz problemem społecznym-politycznym. Swoją szansę zwąchały przy okazji również biznes (wyprodukować tanio, sprzedać z maksymalnym zyskiem!) i wszelkiej maści media (pokażcie jakąkolwiek telewizję bez pichcących kucharzy – celebrytów i recytujących oklepane frazesy „specjalistów” od żywienia).
Zaczęliśmy żyć pod niebezpiecznie zacieśniającą się kontrolą naukowców, dietetyków, obrońców konsumentów i aparatu medyczno-naukowego. Od tej pory wszelkimi kanałami medialnej propagandy wtłacza się nam do głowy, co to jest „zdrowe jedzenie”. Coraz więcej ośrodków władzy, instytucji, grup interesu, kompleksów biznesowo-medycznych i medialnych korporacji chce decydować, po jakie pokarmy i substancje oraz w jakich ilościach wolno nam sięgać. Ktoś chce mieć władzę nad naszymi ciałem, podniebieniem, żołądkiem i trawieniem, a nawet składem bakterii jelitowych (a więc także kałem!). Najgorzej, że te zalecenia i rady są często sprzeczne lub wręcz szkodliwe! No i czeka na nas jeszcze jedna niespodzianka – podawanie wraz z pokarmem szczepionek. Prawdziwa jazda bez trzymanki! Kiedyś do tego wrócę.
Nic dziwnego, że rodzi się ruch oporu. Jego ważną postacią jest lekarz, dr Gunter Frank, autor książki Licencja na jedzenie. Jeść bez stresu, zapomnieć o kłopotach z wagą. Dokonuje on rozrachunku z kompleksem medyczno-naukowo-żywieniowym, który w „wojnie z otyłością” nie kieruje się żadnymi naukowymi tezami (tak naprawdę nikt nigdy ich nie udowodnił).
Mechanizmy wpływu są sprawdzone. Wzbudza się panikę, strasząc społeczeństwa widokiem monstrualnych grubasów – ludzi chorobliwie uzależnionych od jedzenia. Tymczasem w populacjach występuje całe spektrum uwarunkowanych genetycznie typów budowy ciała, od ludzi bardzo grubych do chudzielców, a masa ciała jest taką samą indywidualną cechą człowieka jak kształt nosa. Jednak „biowładza” nie chce tego uwzględniać i usiłuje „unormować” indywidualne cechy, zamykając ludzi w widełkach tabel, wskaźników, wartości i norm. O ty, że tworzy się w ten sposób kolejne grupy „pacjentów” big farmy, wspominałem w jednej z poprzednich notek. Oczywiście wyłącznie dla naszego dobra!
Ponieważ jedną z głównych przyczyn tycia jest stres i związane z nim działanie hormonów, ostre rygory diet i nadmierna troska o jedzenie, zakłócające naturalne mechanizmy apetytu i głodu, przynoszą jeszcze więcej stresu, powodując…tycie. A więc im bardziej ktoś „walczy z nadwagą”, tym…szybciej tyje. Są ludzie, którzy nigdy nie będą szczupli, a wmawia się im, że to ich wina i że mają jakiś defekt, który trzeba naprawić. Propaguje się uprawianie sportu i „zdrową“ dietę, ale jedyni, którzy dzięki temu są szczupli to ci, którzy już nimi byli przed skorzystaniem z tych rad. Organizm wie najlepiej, czego mu trzeba. Każdy, kto próbuje ten mechanizm przechytrzyć przy pomocy zbyt „zdrowego” pożywienia i rygorystycznych diet, zwykle staje się nie szczupły, lecz nieszczęśliwy.
Otyłość, stale obecna w mediach, to – w powszechniej opinii – synonim wszelkich kłopotów zdrowotnych. „Elyty” ukształtowane mentalnie i emocjonalnie przez histeryczną propagandę medialną, zaczynają otyłych traktować jak trędowatych, otaczają ich wrogością, krytykują, drwią z nich i poddają ostracyzmowi. Choć trzeba przyznać, że ostatnio nieco pofolgowały, bo na grubasach przecież można „trzepać kasę”, a epidemia anoreksji też zrobiła swoje.
Szczególnie ciężki staje jest los najmniejszych grubasków. Litość i żal wzbudza widok biednych, zmuszanych do biegania, spoconych milusińskich, które po zakończeniu bezsensownych ćwiczeń bez radości wmuszają w siebie tzw. zdrowe pożywienie. Z „odchudzania” zrobiono torturę.
Obsesja na tle „zdrowego odżywiania” jest quasi-religijna. Grubi i wszyscy ci, którzy nie przestrzegają żelaznych zasad „zdrowego żywienia” to grzesznicy i ludzi źli. Ruszaj się, odżywiaj się zdrowo, bądź fit, licz kalorie dniem i nocą, żadnej nie wolno ci pominąć, dyscyplina, dyscyplina i jeszcze raz dyscyplina. Masz poddawać się męczarniom w fitness klubie, katować ciało ćwiczeniami, udręczać się bieganiem w kółko. A wszystko w imię osiągnięcia „ideału” zdrowia i szczupłości. Ta quasi-religia wpaja ludziom poczucie winy, chce im obrzydzić smaczne jedzenie i pozbawić możliwości rozkoszowania się potrawami. Masz mieć cały czas wyrzuty sumienia.
Co robić, aby nie ulec tej fałszywej religii i jej kapłanom? Należy wyleczyć się z obsesji zdrowia, nie toczyć wojny przeciwko własnemu organizmowi, nie poddawać się żywieniowym przymusom, wyzwolić z szaleństwa diet. Nie pozwólmy dać się zastraszyć demonicznymi kaloriami, niedoborem witamin oraz wysokim cholesterolem… Stawmy opór bioterrorowi! Nie pozwólmy, aby żywieniowi fanatycy prali nam mózgi!
Normy, wartości, ilości, tabele, formuły, plany, programy, harmonogramy, regulaminy – wszystko na śmietnik! Body Mass Index? Zapomnijcie o tych żałosnych trikach, które ze zdrowych robią chorych.
Pamiętajcie o banalnej prawdzie, że jesteśmy różni, że nasze ciało wie lepiej niż wszyscy eksperci razem wzięci, co jest dla niego dobre; musimy go tylko umieć słuchać. Jedzmy umiarkowanie, z przyjemnością, wedle własnych chęci i smaku, wróćmy do uroków tradycyjnego gotowania i rozkoszowania się jedzeniem.
Chcesz uprawiać sporty, biegać, ruszać się? Świetnie, ale będzie to dla ciebie dobre tylko wtedy, kiedy robisz to z własnego wewnętrznego impulsu, kiedy sprawia ci to przyjemność, a nie jest męczarnią w imię fałszywych zdrowotno-żywieniowych „ideałów”. Stwórzmy sobie wolną przestrzeń dla indywidualnej koncepcji życia, zaufajmy bardziej sobie, swojemu ciału i doświadczeniu. Mniej statystyki i teorii, więcej praktycznego życia i zdrowego rozsądku!
I na koniec wypada zapytać: i do czego jest tu potrzebna nauka? Jak zwykle narobiła bałaganu i teraz usilnie (no i „naukowo”) próbuje go uporządkować.
Najgorzej, że tak jest we wszystkich dziedzinach życia. Bo my jesteśmy przez „fachowców” traktowani jak leniwi i mało pojętni durnie, którzy sami nie potrafią niczego zrobić. I sprzedają nam te „mądrości” od wielu, wielu lat…Na pewno będę o tym pisał jeszcze wielokrotnie.
I, żeby nie było nieporozumień, ogromnie doceniam prawdziwe osiągnięcia medyków! Tyle, że wielu z nich próbuje „tuningu samochodu”, który wygląda naprawdę doskonale, bo wyszedł spod ręki prawdziwego i niedoścignionego Mistrza! I dobrze wiecie, KOGO mam na myśli.
p.s. a o otyłości będzie jeszcze jedna, podsumowująca, notka

Dodaj komentarz