Łatwiej jest oszukać ludzi niż przekonać ich, że zostali oszukani – Mark Twain
Chcesz przekonać kogoś o swoich racjach? Efektowne, lecz gołosłowne, slogany naprawdę nie zrobią na adwersarzu żadnego wrażenia. Odpłaci Ci się podobnymi. Nie ma drogi na skróty. Wybór jest oczywisty: żmudne i dokładne studiowanie problemu pod kątem dowodów. Chciałem dodać „naukowych”, ale się zawahałem. Dlaczego? Bo prawda naukowa to jest baaaardzo kontrowersyjne pojęcie. I ktoś, kto czyta tu moje wywody, dobrze wie, jakie mam w tej kwestii poglądy.
Zastanówmy się, co w nauce jest najważniejsze? Odpowiedź wydaje się prosta, prawda? Nie, nie jest prosta, dziś to nie jest PRAWDA! Łatwo żonglujemy tym słowem, lecz sam problem jest bardzo poważny. Co to jest PRAWDA? Ja znam tylko jedną – PRAWDĘ OBJAWIONĄ, boską! Ona jest ciągle ta sama i niezmienna! A nasza, ludzka prawda, jest tylko umowna. Poprzestanę na jednym przykładzie. Do czasów Kopernika „Ziemia była płaska”, a kto sądził inaczej… mógł, jak Giordano Bruno, skończyć na stosie. Ale w pewnym momencie „nabrała okrągłych kształtów” i dziś właśnie ci, którzy to kwestionują są po prostu „płaskoziemcami”! Tak, tak, to ci sami, co są zagorzałymi przeciwnikami „szczepionki” bądź wykazują wobec niej sceptycyzm! I nieważne, że wielu z nich to najwybitniejsi z wybitnych fachowców w tej dziedzinie.
O naszych kłopotach z prawdą niezwykle celnie wypowiedział się ś.p. bp J. Tischner: mamy trzy prawdy: świnto prawda, tyz prowda i g…no prawda! Niektórzy, co bardziej ugodowi, w sytuacjach konfliktowych twierdzą, że „prawda leży pośrodku”. Ale w tym przypadku chodzi raczej o świat polityki, w którym żyje się z kłamstw i taka teza jest raczej bronią stosowaną w erystyce.
Skoro tak się sprawy mają, w ogólnie rozumianej nauce mamy, co zrozumiałe, „prawd bez liku”. Część z nich, ta niezawiniona, wynika z istoty dociekań naukowych. A reszta? Reszta to już efekt mniej lub bardziej perfidnych kłamstw. Począwszy od „badaczy”, którzy wszystko zmyślają, po ghostwriterów naciągających fakty pod z góry „opłacone” tezy i piszących na życzenie zleceniodawców z Big Pharma. Szczególną kategorię tworzą (ci są najgroźniejsi, bo sprawiają wrażenie wiarygodnych) badacze, którzy wyciągają nieuprawnione wnioski z koincydencji/korelacji i uznają (ale tylko wtedy, gdy im to odpowiada), że właśnie udowodnili związki przyczynowo-skutkowe (kiedyś o tym napiszę więcej).Skądinąd jest to zjawisko uniwersalne – to samo dzieje się choćby w sądownictwie, gdzie obrońca i prokurator mają zupełnie inne podejście (oczywiście oparte na „niezbitych” dowodach) do rozpatrywanej sprawy. Każdy z nas przypomina sobie zapewne intrygujące thrillery o takiej tematyce.
Najbardziej znanym przykładem, poza najgorętszym dziś sporem o szczepionki, jest teoria o szkodliwości tłuszczów, a szczególnie „cholesterolu powodującego miażdżycę”. Kłania się w pas dr Keys, który w swej analizie prowadzącej do takiego wniosku po prostu pominął niewygodne dane. Przełożyło się to na epidemię chorób cywilizacyjnych i…krociowe zyski producentów „leków”. Statyny przyniosły bowiem big farmie setki miliardów dolarów, zaś samym pacjentom – dodatkowe problemy! Ale najsłynniejszym przypadkiem jest jednak vioxx, zaś najbardziej spektakularnym – prozac. O takich rzeczach „wiedzą wszyscy”, ale „powaga” dowodów medycznych zawsze poraża, choćby w tym przykładzie: https://twitter.com/Rozmowa_RMF/status/1486785305818587142. To się prostu nie mieści w głowie! Czy ktoś kiedykolwiek za takie koszmarne błędy, mówiąc kolokwialnie, beknął??? Ale mniejsza o to. Najgorsze jest, że „wiekopomne/przełomowe odkrycia” są wdrażane. W sumie trudno się dziwić. W końcu właśnie to jest istotą „postępu naukowego i zdobyczy cywilizacyjnych”.
Skąd się to wzięło? Cofnijmy się nieco w czasie. Niegdyś trochę szaleni, ale wielce szanowani, profesorowie – luminarze nauki, byli w zasadzie niezależni. Praca wielu z nich nie wymagała wielkich nakładów finansowych i zwykle byli na tyle zamożnymi ludźmi, że nie stanowiło to dla nich problemu. Dziś to już tylko historia. Uprawianie nauki wymaga kasy, kasy i jeszcze raz kasy!!! To z jednej strony kwestia szalenie kosztownych technologii i drogich urządzeń, z drugiej zaś – ludzkich postaw (a z tym, niestety, mamy coraz większe problemy). Szczególnie jaskrawo widać to na przykładzie nauk medycznych. Dlaczego? Bo tam chodzi o rzecz najważniejszą – nasze zdrowie i życie. A cóż może być cenniejszego?
W grze mamy zatem ogromne pieniądze. I budżety poszczególnych państw (np. w USA 3 bln dolarów rocznie) to ciągle za mało. Pozostaje więc „owocna” współpraca na linii nauka – biznes. Lecz obowiązuje w niej, uniwersalna przy robieniu wszelkich interesów, zasada: ja ci płacę, ale ty rób wszystko, bym szybko (to ważne!) na tym zarobił! I wnioski z badań (w założeniu odkrywające prawdę) są tutaj sprawą drugorzędną. Powiem dosadnie: Naukowy burdel! Dlaczego? Bo tu też nikt nikomu niczego nie daje za darmo! Filantropia Gatesa i Sorosa to bajki dla nierozgarniętych idiotów! Ich konta nie topnieją, wręcz przeciwnie – akurat ostatnio znacznie powiększyli swe majątki. Czy ktoś jeszcze nie domyśla się dlaczego?
Swoją drogą, pseudonaukowy bełkot nt. szczepionek pierwszego z nich, wysłuchiwany wręcz na klęczkach przez możnych tego świata, wzbudzić może jedynie żenadę i obrzydzenie. Czyżby to znamię czasów, w jakich żyjemy? Bo przecież mamy jeszcze jednego „wybitnego fachowca”, tym razem od globalnego ocieplenia, nieszczęsną Gretę Thunberg przyjmowaną z honorami przez Ursulę von der Leyen, której mąż dzielnie uwija się przy liczeniu euro zarobionych w branży okołoszczepionkowej (https://babylonianempire.wordpress.com/2021/07/15/nie-przeszkadzajcie-mezowi-ursuli-von-der-leyen-zarabiac-na-szczepionkach-przeciwko-covid-19/a). Grunt to rodzinny interes. Troskliwa Żona, Przewodnicząca KE, zamówiła – bagatela! – 2,4 mld dawek, po 6 na głowę statystycznego członka UE!
W medycynie i ochronie zdrowia, co oczywiste, mamy na co dzień do czynienia z problemami bioetycznymi. Są konkretne przepisy i kiedyś traktowano je poważnie. Dziś nawet papież twierdzi, że nie jest grzechem wykorzystywanie linii komórkowych z abortowanych płodów do produkcji szczepionek na „największą zarazę” naszych czasów! Chciałoby się zapytać, a co tym grzechem jest, jeśli tak nisko ustawiliśmy poprzeczkę? Ale wśród znaczących dostojników Kościoła ma co najmniej kilku zdecydowanych przeciwników, nie tylko w tej kwestii, choćby arcybiskupa Vigano (https://www.lifesitenews.com/opinion/abp-vigano-endorses-canadian-truck-drivers-may-your-efforts-be-crowned-with-success/). Najgorsze, że, jako zdeklarowany zwolennik szczepionki, nie widzi nic niestosownego w tym, że sam zwalnia niezaszczepionych pracowników Watykanu, a potem modli się za tych, którzy tracą pracę, co – wg niego – „prowadzi do utraty wszelkiej nadziei i chęci do życia”. 13 stycznia 2022 r. jedna ze stacji telewizyjnych (Polsat) podała, że „niezaszczepieni pracownicy Watykanu mają do końca stycznia czas na przyjęcie pierwszej dawki szczepionki. Po tym terminie nie będą mogli przyjść do pracy”. Prawda, że fajnie to sobie wymyślili?
Pamiętam, jak parę lat temu „następca” św. Piotra pokrętnie tłumaczył zmiany prowadzące do ułatwienia „rozwodów kościelnych” (https://deon.pl/kosciol/serwis-papieski/papiez-nie-otworzylem-furtki-dla-rozwodow,364291). Myślę, że więcej do powiedzenia miałby na ten temat „pobożny” PiS, a szczególnie, były już szef TVP, (https://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/jacek-kurski-znow-przysiegal-przed-bogiem-uniewaznienie-slub-koscielnego-coraz/n0rdgdg).
O tym, że biskup Rzymu spotykał się w 2021 r. dwukrotnie z szefem Pfizera wiedzą wszyscy. Lecz o czym rozmawiali, możemy się tylko domyślać. Oficjalnych protokołów nie udostępniono. Ale, znając inne fakty, mamy prawo do wyrażenia pewnych wątpliwości.
Może na początek tyle. Temat jest niezwykle złożony, ale będziemy go drążyć do skutku…

Dodaj komentarz