Rak to także wielki biznes. Nadal wiemy o nowotworach nie wiemy zbyt dużo, podobnie jak o wielu innych chorobach, ale w ich przypadku nabiera to szczególnego znaczenia. Bo w końcu z miażdżycą, alergią, rzs, cukrzycą czy otyłością „da się żyć”, a diagnoza „RAK” jest wręcz wyrokiem. Mówić, w obliczu śmierci, o pieniądzach jest raczej niestosowne. Ale…
Przyjrzyjmy się temu bliżej na przykładzie Stanów Zjednoczonych. W 1971 r. prezydent Nixon wypowiedział rakowi wojnę (War on Cancer). Jego obietnica brzmiała: raka da się zwyciężyć w ciągu kilku lat dzięki zainwestowaniu odpowiednich środków. Datę „zwycięstwa” wyznaczono na rok 1980, następnie przesunięto ją na 1990, potem na 2000, a jeszcze później na 2010, na 2015…No i za każdym razem odpowiednio zwiększano budżet. Dziś sam National Cancer Institute dysponuje rocznie kwotą blisko 7 mld dolarów. U nas też mamy Narodową Strategię Onkologiczną (NSO), czyli program na lata 2020-2030 wprowadzający kompleksowe zmiany w polskiej onkologii. A to też wymaga znacznego zwiększenia nakładów. Głównym celem programu jest wzrost odsetka osób przeżywających 5 lat od zakończenia terapii onkologicznej, a także zwiększenie wykrywalności nowotworów we wczesnych stadiach oraz poprawa jakości życia w trakcie i po ukończonym leczeniu. Jeszcze raz powtórzę: „wzrost odsetka osób przeżywających 5 lat” i „leczenie”.
Nikt nawet nie wspomina o wyleczeniu. A profilaktykę sprowadza się do masowych badań przesiewowych, co – swoją drogą – automatycznie zwiększa liczbę chorych przeżywających te „mityczne” 5 lat, gdyż wykrywa się u nich i tym samym rejestruje jako przypadki choroby, wczesne stadia nowotworu. Nikt nie nagłaśnia natomiast rzeczy naprawdę ważnych, np. zdrowego odżywiania, bo choćby na śmieciowym jedzeniu „kasę trzepią” kolejni profitenci.
A jeśli zostałeś pacjentem onkologicznym? Będziesz „leczony”: zostaniesz poddany naświetlaniom i przeróżnym zabiegom oraz dostaniesz poważne (zwykle drogie) leki. Jakże często na pacjentach się po prostu eksperymentuje, traktując ich jak króliki doświadczalne. I, by zagłuszyć obawy, obiecuje się im niesamowity postęp. W rzeczywistości pacjent słyszy niezrozumiały bełkot, który często wywołuje jeszcze większy niepokój. Kiedy diagnoza jest postawiona zbyt późno, zoperują Cię. Lecz, jakże często, finał jest najgorszy z możliwych – ŚMIERĆ.
Nowotwory to okazja do zbijania prawdziwych fortun. W 2015 r. niejaki dr Patrick Soon-Shiong, onkolog, inkasował prawie milion dolarów dziennie w firmie NantKwest za „badania poświęcone nowotworom”. Ten Amerykanin chińskiego pochodzenia swój majątek (szacowany przez niektórych nawet na 13 mld $) zawdzięcza preparatowi Abraxane wprowadzonemu w 2005 r. Miał zrewolucjonizować terapię raka, choć jest tylko nową wersją paklitakselu (preparat na bazie taksolu z cisa, uzyskany w 1960 r. i stosowany w terapii raka jajników, piersi, trzustki i płuc). Tyle, że paklitaksel kosztuje 312, zaś abraxane 5824 dolarów za dawkę.
Innowacja dra Soon-Shionga polegała na dołączeniu do cząsteczki paklitakselu cząstki albuminy, co umożliwiło rezygnację z zastosowania rozpuszczalnika i domniemaną poprawę penetracji leku do guza. Zostało to zaprezentowane pacjentom i inwestorom jako „rewolucja”, co naszemu doktorowi umożliwiło zbicie w rekordowym czasie olbrzymiej kasy.
W rzeczywistości Abraxane jest preparatem „rewolucyjnym” wyłącznie w oczach onkologów, którzy wiedzą, że prawie nic nie mogą poradzić w przypadku litych nowotworów. Ich celem jest wyłącznie spowolnienie rozwoju guza i przedłużenie okresu przeżycia lub remisji jego pacjenta, często o zaledwie kilka tygodni lub miesięcy. Preparat wydłuża średni okres przeżycia pacjentów cierpiących na nowotwór trzustki z 6-7 do nieco ponad 8 miesięcy, zaś raka piersi z przerzutami – z 19 do 23 tygodni.
Inaczej mówiąc, gdyby dziś stwierdzono u Ciebie nowotwór trzustki, to – stosując ten lek – umarłbyś 15 stycznia zamiast 2 grudnia! I to oczywiście ze wszystkimi skutkami ubocznymi chemioterapii, ponieważ Abraxane wywołuje poważne objawy neurologiczne (17% pacjentów) i hematologiczne (27%) a nawet śmiertelne zatrucia (4%).
Można to oczywiście postrzegać jako postęp. Ale jeśli jest się pesymistą (niektórzy powiedzą „realistą”), te parę tygodni więcej to tylko morfina, kroplówka, szpital i okrutne przedłużanie życia pacjentów bez dawania im nadziei na wyleczenie. I to wszystko kosztem gigantycznych pieniędzy…
Przyjrzyjmy się mało optymistycznej rzeczywistości…w przypadku raka płuc i prostaty.
Wskaźnik nieskuteczności leczenia pierwszego jest wysoki. Przeżycie dłużej niż 5 lat dotyczy tylko około 15% chorych. Jedynym skutecznym sposobem na ograniczenie ryzyka raka płuc jest zapobieganie: nie pal papierosów i unikaj wdychania dymu (15% przypadków to ludzie niepalący).
I nie licz na ratunek medycyny, jeśli już go masz. „Za ile umrę?” Odpowiedź brzmi zwykle: „wkrótce” lub „w krótkim czasie”, bez względu na to, czy poddasz się leczeniu, czy nie.
W przypadku drobnokomórkowego raka płuc większość pacjentów umiera w ciągu kilku tygodni, bez względu na to, czy poddali się terapii. Bardzo rzadko żyją dłużej niż dwa lata, a nawet jeśli, to wcale to nie oznacza, że wyzdrowieli, tylko że pozostają na oddziale opieki paliatywnej, okropnie cierpiąc.
W przypadku raka niedrobnokomórkowego, wskaźnik przeżycia zależy od stanu guza w momencie diagnozy: gdy jest on w stadium Ia połowa pacjentów umrze przed upływem 5 lat, gdy w IV – będzie to aż 99%.
Ale skoro jakiś profesor medycyny mówi o sukcesie „podwojenia długości życia w ciągu 10 lat”, to chyba nie bez powodu? Tyle, że w ustach onkologa „podwojony czas trwania życia” nie oznacza wcale, że dwa razy więcej pacjentów wychodzi ze szpitala po wyleczeniu raka. To oznacza tylko tyle, że zgon następuje nie w ciągu 3, lecz 6 miesięcy od diagnozy!
Czy to jest postęp czy raczej okrutne przedłużanie cierpienia? Zwłaszcza, że w przypadku raka płuc, postęp ten osiągnięto za cenę niesłychanych wyrzeczeń finansowych, nierealnych w dłuższej perspektywie czasowej. Mowa tu przede wszystkim o immunoterapii (ipilimumab, nivolumab), której koszt na jednego pacjenta mieści się w granicach 400 000 złotych (tylko za 4 zastrzyki!). Przedłuża ona średni czas przeżycia bez nawrotów o 3 miesiące. Do tego należy dodać fakt, że dzięki rozwojowi diagnostyki, raka płuc wykrywa się coraz wcześniej, co automatycznie wydłuża o kilka tygodni „mityczny” średni czas przeżycia, który jest „miarą” postępu w terapii.
Rak gruczołu krokowego przez długi czas nie wywołuje żadnych objawów, ponieważ rozwija się bardzo powoli. Obecność komórek rakowych w prostacie jest powszechna: 60% mężczyzn w wieku 60 lat i 80% osiemdziesięciolatków ma ten nowotwór i większość z nich umrze, nie wiedząc o tym. Specjaliści uważają nawet, że należałoby w tych przypadkach przestać używać słowa „rak”, które wywołuje niepotrzebny niepokój.
Istnieje system klasyfikacji pozwalający sprawdzić, w jakim przedziale skali mieści się nowotwór. Tak długo, jak w skali Gleasona rak gruczołu krokowego ma 6 (na 10) lub mniej punktów, ryzyko zgonu w ciągu 10 lat jest mniejsze niż 1%, nawet bez leczenia. Tym bardziej, że leki hamujące testosteron pozwalają na regresję nowotworu, bez chemio- i radioterapii. Ponadto możliwe są przerzuty tylko do węzłów chłonnych i szpiku kostnego, w których chemioterapia jest dużo skuteczniejsza niż w przypadku innych nowotworów.
Jeśli mężczyzna z łagodnym rozrostem gruczołu krokowego (benign prostatic hyperplasia, BPH) zachoruje na raka, większa prostata sama utrudni wzrost guza. Wyniki badań sugerują, że zmniejszanie prostaty za pomocą operacji czy leków niekoniecznie jest dobrym rozwiązaniem, gdyż…może przyspieszyć wzrost zmiany nowotworowej.
Tym bardziej, że całkowite usunięcie prostaty (prostatektomia) wcale nie gwarantuje wyleczenia. W 37% przypadków rak powraca, a w 24% pacjent, mimo operacji, umiera z powodu raka prostaty! Najbardziej rozsądne jest podejmowanie decyzji w zależności od stopnia agresywności nowotworu.
Rak prostaty jest „sygnałem ostrzegawczym”, wysłanym przez organizm, aby wprowadzić zmiany w życiu, gdyż stan zdrowia nie jest najlepszy. Organizm jest zakwaszony, pełen toksyn i toczy się w nim stan zapalny. Prawdopodobnie brakuje mu selenu, cynku, witaminy D, kwasów omega-3 i przeciwutleniaczy, głównie likopenu.
Kuracje i długość życia
Kuracje antynowotworowe nie zawsze zwiększają spodziewaną długość życia. A zbędne leczenie może nawet skrócić życie pacjenta, dając jednocześnie onkologowi poczucie, że dobrze wykonał swoją pracę, bo zastosował obowiązujące procedury.
Medycy mówią o zwiększaniu spodziewanej długości życia, choć tak naprawdę chodzi o poprawę wskaźnika przeżywalności 5 lat. Wskaźnik ten może teoretycznie wzrosnąć bez zwiększenia spodziewanej długości życia chorych, o czym już wspomniałem (o nowoczesnej diagnostyce jeszcze będę pisał).
Brak jest postępów w chemioterapii lub są one bardzo nieznaczne. Podobnie jak w latach 1950. podaje się pacjentowi cytostatyki, które działają i na komórki nowotworowe, i na zdrowe. Kończy się to utratą włosów i paznokci, smaku i węchu oraz mdłościami, wymiotami i biegunkami. Ponadto sama terapia jest kancerogenna. Może zmniejszyć rozmiary guza, ale podwyższa też ryzyko kolejnego nowotworu w późniejszym terminie. Większość postępów zawdzięczamy ciągle chirurgii i lepiej ukierunkowanej radioterapii.
Niestety, bezwzględna liczba i przypadków, i zgonów we wszystkich krajach nieustannie rośnie…Z przekonaniem można twierdzić, że ostatnio znacząco wpłynęła na to walka z „plandemią”, którą prowadzono na dwa sposoby: przez podanie miliardów szczepionek, co zwiększyło liczbę zachorowań na raka i poprzez ograniczenia, wręcz dezorganizację, działalności „niekowidowych” oddziałów szpitalnych.
Może ratunek znajdziemy w genetyce?
Nowotwór wciąż pozostaje zbyt tajemniczy. Powiedzenie komuś, że ma dziedzicznie uwarunkowane zagrożenie rakiem równa się oświadczeniu, że nad taką osobą ciąży „klątwa nowotworu”. I przynosi to ogromne szkody! Tymczasem wśród pacjentów cierpiących na raka obserwuje się ponad 500 rozpoznawalnych nieprawidłowości genetycznych, z których żadnej nie określono jednoznacznie jako przyczyny choroby. A jeszcze jakiś czas temu wydawało się, że sytuacja jest oczywista i jest ona po prostu efektem mutacji.
Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna i wręcz niezrozumiała! Zszokowanemu pacjentowi „odczytuje się wyrok”, jednak nikt nie wie, skąd się te guzy czy przerzuty wzięły, w jaki sposób rak się rozwinął, ani jaka będzie skuteczność zastosowanych metod leczenia.
Póki co, najlepsze efekty w walce z nowotworami daje optymalne kształtowanie czynników środowiskowych, trybu życia i diety, które wpływają na działanie poszczególnych genów (uwarunkowania epigenetyczne). Ale medycyna takich rzeczy nie traktuje zbyt poważnie. Po pierwsze epigenetyka jest w powijakach, po drugie – na czymś tak banalnym zarabia się niespecjalnie.
Dr Leonard Saltz, ekspert z Memorial Sloan-Kettering Cancer Center, najbardziej znanego centrum onkologii w USA, wyjawił brutalną rzeczywistość w wywiadzie dla The New York Times:
Ludzie zbyt często zgłaszają się do nas, oczekując, że najnowsze leki są w stanie wyleczyć raka z przerzutami. Są wielokrotnie zdziwieni, gdy dowiadują się, że najnowsza technologia nie umożliwia wyzdrowienia…Niedelikatnym i bezpardonowym byłoby powiedzieć: Jedyne, co możemy polecić, to lek, który kosztuje 10 tysięcy dolarów miesięcznie i który przeciętnie pomaga przeżyć miesiąc lub dwa dłużej…Jednak często taka właśnie jest prawda.
I na koniec fragment wywiadu dra hab. Adama Maciejczyka, przewodniczącego Polskiego Towarzystwa Onkologicznego:
Pytanie: Geny czy tryb życia? Skąd się bierze nowotwór?
Odpowiedź: Przede wszystkim to efekt naszych złych nawyków. Tytoń, otyłość i brak aktywności fizycznej to główne przyczyny nowotworu. Geny to tylko kilka procent.
Następną notkę poświęcimy rakowi piersi, w którym – jak się wydawało – genetyka miała mieć wiele do powiedzenia…

Dodaj komentarz