Może nie taki jak na zdjęciu, ale…
Pasożyty są naturalnym elementem każdej biocenozy. Ich istnienie jest wkalkulowane w homeostazę ekosystemów, choć są traktowane jako element szkodliwy, wrogi człowiekowi i jego gospodarce.
Ścisła definicja pasożytnictwa jest trudna ze względu na złożoność zjawiska i brak wyraźnych granic między nim a innymi związkami symbiotycznymi. Tak dla przypomnienia: symbioza nie musi oznaczać obopólnych korzyści. Jest o wiele szerszym pojęciem niż to się powszechnie uważa.
Przyjmuje się, że dany organizm jest pasożytem, jeśli spełnia następujące warunki:
- wykorzystuje inny organizm jako środowisko bytowania i źródło pożywienia,
- szkodzi żywicielowi (do śmierci włącznie).
Pasożyty tworzą zwykle z żywicielami trwałe układy pozwalające gospodarzowi przeżyć inwazję, a pasożytowi osiedlić się, rosnąć, dojrzeć i wydać potomstwo. Istnieje tu pewna prawidłowość:
- w układach filogenetycznie starszych (istniejących od dawna) pasożyt w zasadzie nie szkodzi żywicielowi, w każdym razie nie doprowadza do zagłady w skali populacji;
- w układach filogenetycznie młodych „szkodliwość” pasożytów może być bardzo duża (ciężka choroba i śmierć).

W warunkach naturalnych najczęściej spotyka się układy zrównoważone. W żywicielu osiedla się i rozwija najczęściej tylko niewielka liczba pasożytów wnikających do jego ciała. Jest to zarówno efekt działania mechanizmów obronnych jak i konkurencji wewnątrz- i międzygatunkowej wśród samych patogenów.
W „interesie” pasożytów nie leży śmierć ich żywicieli, w „interesie” żywicieli lepiej jest tolerować obecność „wrogów” w rozsądnych granicach niż wytwarzać przeciw każdemu z nich skuteczne mechanizmy zwalczania.
A może, podobnie jak tlen, robale mają także „drugą twarz”? Popatrzmy…
Robaki żyły w naszych jelitach ponad 3 mln lat. Nagłe odrobaczenie ludzi (pierwsza poł. XX w.) spowodowało, że nasz układ odpornościowy nie jest dziś w sposób naturalny osłabiany. Czasem więc zwraca się przeciw nam i powoduje choroby – twierdzi biolog dr Weinstock (Univ. Iowa, USA).
Wielu z nas cierpi z powodu alergii. Co ciekawe, występuje ona częściej u mieszkańców miast (np. nieżyt nosa u 21-23% wobec 12% na wsi). Jednocześnie osoby nie mające kłopotów są znacznie częściej…zarażone pasożytami. Eliminacja pasożytów jelitowych (glista, włosogłówka) u dzieci prowadziła do wzrostu wrażliwości na roztocze kurzu domowego. O co chodzi?
Pierwotną funkcją limfocytów Th2 było zwalczanie zarażeń przez silną stymulację syntezy IgE i włączenie się w eliminację pasożytów, szczególnie na drodze cytotoksyczności zależnej od przeciwciał (ADCC) z udziałem eozynofili, których aktywność była wzmacniana przez mediatory uwalniane z komórek tucznych (mastocyty) i intensywne wydzielanie śluzu przez ściany jelita (właśnie wydzielanie śluzu jest tu kluczowe, gdyż blokuje ono skutki zapalenia jelita).
W przypadku nieobecności robaków system może stać się nadreaktywny w stosunku do pyłków roślin, pleśni czy jadu owadów. Prowadzi to do patologicznej odpowiedzi. Przeprowadzono szereg eksperymentów i okazało się, że gryzonie z alergiami i chorobami autoimmunizacyjnymi pod wpływem inwazji przywr/nicieni (Schistosoma, Trichuris, Trichinella, Necator i inne) wykazywały złagodzenie lub wygaszenie objawów chorobowych. Mechanizm tych zjawisk był dość złożony i różnorodny (zmiany stężeń różnych interleukin). Należy jednak pamiętać, że same robaki (np. glista) mogą być przyczyną reakcji alergicznych, a model zwierzęcy nie odzwierciedla w pełni naszych mechanizmów immunologicznych.
Tym niemniej badania nad zarażeniem terapeutycznym włosogłówką Trichuris suis i tęgoryjcem Necator americanus wykazały poprawę stanu klinicznego znacznej części pacjentów, z minimalnym działaniem ubocznym (eozynofilia przy nekatorozie).
W 1999 r. udowodniono, że celowe zarażenie włosogłówką przynosi ulgę osobom cierpiącym na chorobę Crohna-Leśniowskiego. „Robakoterapii” poddało się wówczas kilkadziesiąt osób. W 14 dni po połknięciu jaj włosogłówki u większości z nich ustąpiły wszelkie objawy choroby i nie obserwowano jakichkolwiek negatywnych skutków. Dwa lata później okazało się, że zarażeni tęgoryjcem zapadają dwukrotnie rzadziej na astmę. Nicienie jelitowe osłabiają mechanizmy autoagresyjne żywiciela leżące u podstaw niektórych chorób. Zapewniają, podobnie jak mikroflora jelitowa (mikrobiom), równowagę immunologiczną.
Lista chorób, w których zarażenie pomaga, jest dłuższa. Znalazła się na niej nawet miażdżyca. Okazało się bowiem, że przywra krwi Schistosoma sp. zmniejsza krzepliwość krwi oraz poziom cholesterolu i FFA, minimalizując ryzyko wystąpienia udaru mózgu, zatoru płuc, choroby wieńcowej i nadciśnienia.
Pasożyty jelitowe mogą więc chronić przed wieloma dolegliwościami. Wydaje się, że uzyskane z nich leki, a nawet żywe robaki (tęgoryjec, włosogłówka) będą skuteczne w terapii astmy, stwardnienia rozsianego (SM), reumatyzmu, alergii pokarmowych, cukrzycy typu I i innych dolegliwości.
Czy w przyszłości „robakoterapia” stanie się powszechna? Póki co stosujemy ją od dawna w bardzo zaskakujący sposób. Ale o tym już w następnej notce…
