Hardcorowe potyczki z tasiemcami, czyli dla zdrowia wszystko!

W pierwszej notce o pasożytach (https://lornetkawsieci.com/2023/06/29/z-robakami-tez-mozna-ubic-interes/) pisałem o „drugiej twarzy robaka”, czyli ewidentnych korzyściach płynących niekiedy z jego obecności w naszym ciele. Być może zdjęcie umieszczone pod tytułem zraziło niektórych do lektury, ale trudno…to jest biologia i niekiedy będzie jeszcze gorzej.

Choć źle już tak naprawdę jest. Oto namnożyło się u nas wszelkiej maści „specjalistów” od robali i na wszelkie sposoby, szczególnie w internecie, starają się nas przekonać, że pasożyty ma każdy z nas, a niektórym wręcz wylewają się one rękawami, że o naturalnych otworach ciała nie wspomnę.

Uspokajam zatem, jako fachowiec, że sytuacja jest dużo bardziej optymistyczna, choć w narodzie panuje jednak powszechny lęk przed wszelkim robactwem. Nieprzypadkowo nawet poczciwą (i niezwykle pożyteczną) dżdżownicę określamy obraźliwie mianem glizdy. Mówiąc językiem znawców tematu, wielu z nas cierpi na nieuzasadnioną parazytofobię i nawet w niewinnym gęsim piórku widzi „glistę ze skrzelami” (autentyczne!). No bo co ma począć, skoro wspomniani „fachowcy” zapewniają nas autorytarnie, że łatwiej wymienić te nasze narządy, w których pasożytów nie ma, niż te, których już prawie nie mamy, bo…zjadły je robale. Totalne bzdury! Powiem krótko: pasożyta trzeba zobaczyć i to jest PODSTAWA diagnostyki laboratoryjnej! Raz jest łatwiej, raz trudniej, ale taki mamy w diagnostyce parazytologicznej punkt wyjścia. Oczywiście, jak wszędzie, i tu są wyjątki. Tyle, że to temat na co najmniej kilka notek.

Bo nie wierzcie w to, że najlepiej jest – niezależnie od trafności diagnozy – łyknąć te parę tabletek na wszelki wypadek. To są związki chemiczne, które ZABIJAJĄ (tak jak cytostatyki w nowotworach) i mają poważne skutki uboczne. A podajemy je głównie dzieciom. Nie róbcie im krzywdy z powodu własnych fobii!

Dziś o prawdziwej „jeździe po bandzie”. Pamiętacie notki o naszych „bohaterskich potyczkach” z nadwagą? Właśnie! W większości przypadków jest to prawdziwa walka z wiatrakami i kończy się słynnym jo-jo. Ale już dawno temu wpadliśmy na pomysł, że przecież można do „naszego stołu” zaprosić niezwykle egzotycznych gości. Domyślacie się, o kogo może chodzić? Tak, tak, o tasiemce. Raz, że są całkiem duże, a właściwie długie (zwykle kilka metrów), a dwa – mają całkiem niezłe możliwości wymiatania dodatkowych kalorii wprost z naszego jelita. Na dodatek nie posiadają przewodu pokarmowego i korzystają z już strawionego przez nas pokarmu, co czyni z nich złodziei niezwykle skutecznych i eleganckich zarazem. Zawsze sięgają bowiem po gotowe, w odróżnieniu choćby od glist, które paskudnie zanieczyszczają jelito swymi odchodami i metabolitami. Ta cecha fizjologii tasiemców była i jest wykorzystywana także w sztuce kulinarnej, gdyż ich ciało jest zbudowane wyłącznie ze „starannie wyselekcjonowanych” składników odżywczych z wszelkimi witaminami, minerałami i aminokwasami na czele. Po prostu pokarm prima sort! Wspominałem już o tym tu: https://lornetkawsieci.com/2023/02/21/kelner-w-zupie-plywa-mucha/. Mąka z owadów to przy tym, przepraszam, zwykłe badziewie. Aha, tasiemiec, w odróżnieniu od glisty, jest niezwykle przyjemny w dotyku. No, może dla oka trochę mniej, ale wiem, co mówię, bo mam w tym wieloletnią praktykę.

Przejdźmy zatem do sedna sprawy…

Jakiś czas temu w Polsce pojawiła się nowa „dieta”. Wręcz rewelacyjna, jak każda zresztą, o czym przecież wszyscy korzystający są przekonani! Wystarczy kupić tabletki z…główką tasiemca, połknąć i cierpliwie czekać. W końcu „robal też człowiek” i w dwa dni nie urośnie. Ale jak już się zorientuje co i jak, wtedy nie ma przeproś! Będziesz się wtedy zastanawiał/a, czy to czasem waga nie jest zepsuta. Kilogramy znikają bowiem „w błyskawicznym tempie”. Sposób jest znany od dawna. Dieta tasiemcowa, bo o niej mowa, była bowiem popularna w Ameryce już na pocz. XX w. Szczególnie wśród dżokejów, choć i najbardziej znane gwiazdy Hollywood w taki właśnie sposób gubiły zbędne fałdy tłuszczu. Oczywiście „cudowne” tabletki trafiły do internetu i są dostępne także w Polsce, choć oficjalnie ich sprzedaż jest u nas nielegalna. Tymczasem choćby w Meksyku można je kupić… w aptekach i sklepach ze zdrową żywnością. Ot, co kraj to obyczaj!

I tu zaczyna się ruletka. Jeśli trafimy na tasiemca nieuzbrojonego,  prawdopodobnie schudniemy, choć po drodze pojawią się wymioty i bóle brzucha. No i na koniec czeka nas usunięcie pasożyta. A nie są to przyjemne, choć tym razem tanie, rzeczy. Przypomnę bowiem, że od pewnego momentu pojedyncze człony naszego „zbawcy” wychodzą sobie same przez odbyt i my nie mamy nic do powiedzenia. Coś za coś! Jeśli będzie to tasiemiec uzbrojony, człony na samodzielny spacer nie wybiorą się na pewno, ale jego larwy autostopem po organizmie (wykorzystując krew) – jak najbardziej. Mogą „wylądować” w mięśniach, oku, a nawet mózgu. W wielu przypadkach grozi to poważnym kalectwem i – niekiedy – śmiercią. Przed tak ryzykownym zadaniem stają zatem wszyscy, którzy hołdują zasadzie „kto nie ryzykuje, ten w kozie nie siedzi”.

Najwyższa pora by oddać głos naszym „odważnym – dla siebie/Ciebie zrobię wszystko – bohaterkom”…

Tasiemeczka – tak Wera (23 lata, III r. zarządzania) mówi o tasiemcu, którego „zaprosiła” do siebie na 4 miesiące. W marcu 2011 r., Wera przy wzroście 1,67 m ważyła 100 kg. O diecie tasiemcowej usłyszała w telewizji śniadaniowej: „Dziennikarka mówiła, że przez internet można kupić tabletki z larwami tasiemca, dzięki którym można w kilka tygodni zrzucić nawet 15 kg. Zaczęłam szukać w internecie, ale znalazłam tylko informacje o Weight-B-Gone firmy IndoMed, który można ściągnąć z USA. Nawet niedrogi, bo za opakowanie ozdobione rysunkiem uśmiechniętego tasiemca (różowy ogonek, czarne oczy, w tle żółta kulka) miałam zapłacić około 20 dolarów. Wszystko pięknie, ale kiedy następnego dnia chciałam zrobić przelew, okazało się, że na stronie pojawiło się hasło sold out! A nazajutrz zniknęła i sama witryna”.

Na szczęście na jednym z forów internetowych nasza nieustraszona bohaterka przeczytała ogłoszenie: SKUPUJĘ TABLETKI Z TASIEMCEM. Sygnał aż nadto czytelny: skoro kupuje, to i sprzedaje.  Napisała i… bingo! 1500 zł za 30 tabletek. Z instrukcji dodanej do opakowania wynikało, że tasiemiec (Taenia saginata, czyli nieuzbrojony)  miał być „zapraszany do szwedzkiego stołu” raz w tygodniu. „650 mg tasiemca” koniecznie trzeba było popić, jak to zalecają w każdej ulotce, dużą ilością wody.

Pierwsze sygnały pojawiły się po 4 tygodniach (choć producent obiecywał czas o połowę krótszy). Kolejno: bóle brzucha, zgaga, zaparcia na przemian z biegunką, brak łaknienia przeplatany z wilczym apetytem. A waga stała w miejscu! – wspomina Wera – w pewnym momencie nawet myślałam, że przytyłam, bo powiększył mi się brzuch. Ale po dwu miesiącach tasiemiec zaczął sobie poczynać coraz śmielej. Tym razem, twierdzi przyszła pani magister, było naprawdę hardkorowożołądek bolał tak, że nie mogłam zjeść nawet suchej bułki, do tego doszły bóle mięśni i zawroty głowy. Na szczęście waga zaczęła iść w dół i w trzy miesiące spadła ze 100 do 85 kg.

No i finał: byłam totalnie rozbita, ale postanowiłam wytrzymać do 70 kg. Jednak któregoś ranka poczułam mrowienie w rękach i nogach i zemdlałam. Mama, która akurat wychodziła do pracy, przeraziła się i wezwała pogotowie. Lekarz stwierdził, że mam niskie ciśnienie i dziwnie powiększoną wątrobę. Chciał zabrać mnie do szpitala. Nie miałam wyjścia: powiedziałam, że połknęłam tasiemca, ale błagałam o dyskrecję. Popatrzył na mnie jak na wariatkę, ale leki przepisał.

Strobila (fachowa nazwa ciała tasiemca) wyłaziła strasznie poplątana, na oko musiała mieć około metra – wspomina Wera – z jednej strony dobrze, bo przestało boleć, z drugiej źle, bo nie osiągnęłam wymarzonej wagi. A kasa poszła

Magda (30 lat, mężatka, jedno dziecko) nazwała swojego tasiemca wdzięcznym, hiszpańskim imieniem Alejandro. Nic dziwnego, „zaprosiła” go do siebie w Meksyku.

Pojechałam tam w ubiegłym roku na wycieczkę i przez przypadek usłyszałam o nietypowej kuracji odchudzającej prowadzonej w jednym z niewielkich miasteczek – wspomina. Kuracja polegała na zjedzeniu (razem z jakimś posiłkiem) kawałeczka zarażonego tasiemcem surowego mięsa wołowego. Magda nie zdecydowała się na kurację (za mało czasu, no i 1500 dolarów!), ale w miejscowym sklepiku kupiła za jedyne 50 dolców opakowanie Tapeworm Diet Pills.

Pierwszą pastylkę połknęłam jeszcze na wakacjach. Alejandro uaktywnił się po 3 tygodniach, już w Polsce – wspomina Magda. Jesteśmy razem od dwu miesięcy. Schudłam 7 kilo, do wymarzonej wagi (55 kg przy 160 cm) pozostało jeszcze 20. Na razie nie dzieje się nic złego. Jestem tylko rozdrażniona, słabo sypiam, często oblewam się potem, łapię zadyszkę. Mąż zwrócił też uwagę, że mam rozszerzone źrenice i to Mu się bardzo podoba (takie spojrzenie à la Greta Garbo?).

Może pozostańmy tylko przy tych dwóch przykładach…

a na koniec o kimś, kto rygorystycznie stosował zdrową dietę…

W pewnym amerykańskim szpitalu zjawił się pacjent z plastikową torbą, w której znajdował się „tajemniczy” pakunek. Powiedział lekarzom, że wydostał się on z jego organizmu podczas ataku krwawej biegunki. Początkowo, mężczyzna obawiał się, że z jego odbytu zwisa kawałek jelita. Mimo wszystko postanowił go wyciągnąć i…mu się udało wydobyć „TO” w całości. 

30-latek nawinął troszkę przydługą „zdobycz” na rolkę po papierze toaletowym (fotkę mam w archiwum; na życzenie przesyłam) i pojechał na oddział ratunkowy.  Okazała się ona całkiem sporym (167 cm) tasiemcem. Mężczyzna relacjonował, że od kilku miesięcy odczuwał dyskomfort w brzuchu, ale myślał, że to zwykła niestrawność.

Już parę lat wcześniej amerykańska FDA (Food and Drug Administration) wydała ostrzeżenie o ryzyku występowania larw pasożytów w łososiach złowionych w Oceanie Spokojnym i ostrzegała, że jedyną szansą na pozbycie się postaci inwazyjnych jest gotowanie. Ale „nasz pacjent” postawił na nieprzetworzoną żywność i codziennie żywił się sushi, a jego ulubionym daniem było sashimi z surowym łososiem. No i doigrał się!

W następnej notce słów kilka o przediagnozowaniu i błędach diagnostycznych oraz bezobjawowych i skąpoobjawowych inwazjach.

Pozdrawiam…

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑