No i po wyborach. Niewątpliwie nie ma w nich wygranych. Najprościej mówiąc, od 15 października nie zmieniło się nic. Wyniki PiS-u i koalicji 13 grudnia po blisko pół roku pozostały bardzo podobne. Dzisiejsza opozycja dostała wyraźnie ponad 30% głosów, zaś rządzący – nieco ponad połowę. I co z tym fantem zrobić? Jak to co? Trzeba to „przekuć w sukces”!
Choćby z tego powodu, że charakter wyborów jest zgoła odmienny. Nie dziwi więc, że każdy bez większego kłopotu znajdzie sobie powód do zadowolenia. Prezes uważa, że – totalnie gnojony przez Tuska – PiS wyszedł zwycięsko z tej batalii i ugrał więcej niż się spodziewano. I nie przeszkodziła mu klęska w wyborach prezydenckich w większych miastach. Zwolennicy partii pocieszają się w zamian wygraną Lucjusza w Stalowej Woli. Miller nader krytycznie ocenił wynik lewicy (20% mniej niż jesienią), ale taka Żukowska pieje z zachwytu nad wynikiem Biejat w stolicy i Agatowskiej, która w pierwszej turze została prezydentem Świnoujścia. Swoją drogą lewica chyba uświadomiła sobie do bólu, że nawet dla kobiet są sprawy ważniejsze niż EllaOne czy mityczne „równouprawnienie”. Żadnych powodów do zadowolenia nie ma również Tygrysek. Trzecia Droga prawie zachowała stan posiadania, ale w wyborach samorządowych startujący samodzielnie PSL zawsze miał solidne poparcie, szczególnie na wsi. Tym razem koalicja uzyskała tam zaledwie 15%, a miarą sukcesu w miastach jest wynik w warszawskiej Białołęce (zaledwie 4,5 wobec blisko 16% w wyborach do sejmu). Drepcze w miejscu Konfederacja i chwały nie przynosi jej wynik Wiplera w Warszawie, prawie o połowę mniejszy niż poparcie w skali kraju. I tu jakiekolwiek tłumaczenia nie pomogą.
Najbardziej zadowolona z wyborów jest „Koalicja Demokratyczna”, która uzyskała 52% poparcia. Co prawda taka formacja nie istnieje, ale wnioskuję z materiałów propagandowych, że na jej czele stoją dwaj Panowie TT, obydwaj należący do PO.

To jednoznaczny sygnał dla ewentualnych innych kandydatów strony rządzącej w wyborach prezydenckich. Wnioskuję, że najbardziej czytelny dla rotacyjnego marszałka i jego sponsorów zza oceanu. Jednocześnie to chyba jednak ukryta tęsknota i rozczarowanie. Bo trzymiesięczna ciężka orka nad wprowadzaniem „terroru praworządności” przyniosła nader mierne rezultaty. W każdym razie srodze zawiodła gorącego zwolennika rządzących, niejakiego Lisa Tomasza, publicysty celebryty, które zupełnie niedawno przewidywał totalną porażkę Kaczora.

Efekty? Na razie bez rozstrzygnięć. Tytułowy remis ze wskazaniem każdego…na siebie samego. Przyjmijmy, że to dopiero pierwsza z trzech rund. Druga już niebawem, w czerwcu. Na poziomie UE szykują się większe zmiany. Bo i tam problemów nie brakuje, a nastroje w kilku państwach członkowskich zbyt optymistyczne dla Brukseli nie są. No i na finał mamy listopadową potyczkę w USA.
Nakładają się na to kłopoty z pozyskaniem funduszy z KPO (u nas), dalsze losy konfliktów na Ukrainie i w Izraelu oraz zielonego ładu (UE) oraz nowe „propozycje” dla świata po ewentualnym zwycięstwie Trumpa. A ponieważ sytuacja bardzo często jest nieprzewidywalna, w każdej chwili możemy oczekiwać niespodzianek. Oto w piątek dowiedzieliśmy się, że do gry nieoczekiwanie wkraczają Indie – od niedawna najludniejszy kraj świata: https://wydarzenia.interia.pl/raport-ukraina-rosja/news-indie-wchodza-do-gry-maja-pomoc-w-zakonczeniu-wojny-w-ukrain,nId,7431170.

Dodaj komentarz