Dbaj o siebie, czyli od czego zależy powodzenie „terapii”: dieta – a może sięgnij po taką miksturę?

Działa przeciwzapalnie, przeciwbólowo, antybakteryjnie, antywirusowo i przeciwgrzybiczo, a na dodatek jest silnym antyoksydantem! Łagodzi astmę i depresję, hamuje rozwój nowotworów, poprawia profil lipidowy, pomaga zbić dodatkowe kilogramy, regeneruje wątrobę, łagodzi bóle stawów, obniża ciśnienie i poziom glukozy we krwi, wzmaga odporność, libido, pracę mózgu i układu pokarmowego… Tak mogę jeszcze długo! O czym mowa? Czyżby opatentowano i wypuszczono na rynek jakiś cudowny lek? Bez żadnych zapowiedzi i reklam? Niemożliwe? Pewnie, że niemożliwe, gdyż nic takiego nie miało miejsca, a taki lek nigdy nie powstanie.

Więc o co chodzi? W sumie o nic szczególnego. Te „cuda” mamy w zasięgu ręki. W taki sposób piszą o nich nieustannie na różnych portalach i blogach, w wielu książkach i poradnikach poświęconych zdrowiu, lecz – przede wszystkim – w tysiącach publikacji naukowych, z których naprawdę wiele przeglądałem. To niezastąpione rośliny, zwykle przyprawy i zioła.

Są dziesiątki powodów, dla których odwracamy się od oficjalnej medycyny. Wielokrotnie sam o tym pisałem, więc tu przypomnę tylko jeden. Chodzi o antybiotykooporność, której poświęciłem m.in. te dwie notki: https://lornetkawsieci.com/2024/04/18/bakterie-to-musialo-w-koncu-przyjsc/ i https://lornetkawsieci.com/2024/04/21/antybiotyki-druga-strona-medalu/. Zaczęliśmy sobie w końcu zdawać sprawę, jak daleko sprawy zaszły. Sami lekarze i my, pacjenci. To naprawdę nieciekawa sytuacja!

Mamy też drugą stronę medalu. Samych siebie i nasze decyzje. Pamiętacie wpis sprzed kilkunastu dni? https://lornetkawsieci.com/2025/01/11/tusk-ma-cie-gdzies-wiec-myslisz-ze-leszczyna-ci-pomoze/. Kojarzycie tę „serię”, którą jakiś czas temu zacząłem wpisem o magnezie? https://lornetkawsieci.com/2024/02/01/dbaj-o-siebie-czyli-od-czego-zalezy-powodzenie-terapii-dieta/. Dziś kolejna notka spod wspólnego tytułu „dbaj o siebie, czyli od czego zależy powodzenie „terapii”. Dlaczego terapia w cudzysłowie? Bo chcę wskazać, że to my jesteśmy tu najważniejsi, to przede wszystkim „dbanie o siebie” gwarantuje nam jej powodzenie. Tym bardziej, że ta dbałość bardzo często faktycznie zapewnia nam dobre samopoczucie przez długie lata!

A jeśli nie zawsze nam wychodzi, przypomnijmy sobie, jakie są początki kłopotów: https://lornetkawsieci.com/2023/07/31/jak-zaczyna-sie-choroba/. Pojawia się tu tajemnicze „zapalenie”, którego przyczyn jest naprawdę wiele. Ot choćby stres oksydacyjny, któremu też poświęciłem sporo miejsca? No i? Właśnie. Spójrzmy jeszcze raz na pierwsze zdania tekstu. Wspólnym hasłem dla wielu wymienionych tam określeń będzie CHOROBA wywołana przez patogeny! I kto wtedy staje w naszej obronie? Naturalny ANTYBIOTYK, który – w odróżnieniu od syntetycznego – zawiera także setki innych niezwykle ciekawych substancji działających dla naszego dobra na wielu „polach walki”. Bo bitwa z wirusami czy bakteriami to tylko jedna z jego wielu zalet.

Pora zatem wskazać dobroczyńcę…

W mojej wersji, którą stosuję od kilku dobrych lat, jego głównymi składnikami są: cebula, chili (ostre papryczki), chrzan (najlepiej świeżo starty), cynamon (najlepiej cejloński), czosnek (z główki), imbir (świeże kłącze), kurkuma (świeże kłącze; uwaga! zostawia wszędzie irytujące plamy) i pieprz czarny (w postaci proszku ze świeżo zmielonych ziaren). Co prawda w wersjach krążących w sieci są podawane konkretne ilości, ale proporcje nie mają (w mojej opinii) większego znaczenia. Skądinąd wiadomo, że nie połączymy równoważnych ilości cebuli i pieprzu. Ale może dla przykładu: 2 cebule, 2 główki czosnku, 2-3 strąki papryczki, 100 g startego chrzanu, łyżka cynamonu, 5 dkg kłącza imbiru, 2-3 dkg kurkumy i łyżka pieprzu. Ponieważ robię to w dużych ilościach (co najmniej 3-litrowy słój szklany), zaczynam od 4-5 dużych cebul, 4-5 główek czosnku…I wszystko blenduję, choć zwykle zaleca się pocięcie na drobne cząstki. Potem dodaję octu jabłkowego (nieco ponad poziom uzyskanej mieszaniny). W wersji wzbogaconej dodaję jeszcze utarte w moździerzu czarnuszkę, goździki, kardamon, oregano i tymianek (do wyboru, zwykle 1-2 z nich). Teraz naczynie stawiam w ciemnym miejscu (szafka w kuchni) i czekam dwa tygodnie. Warto codziennie zamieszać, choć po zblendowaniu uwalnianie cennych składników do roztworu jest dużo łatwiejsze. Po tym terminie miksturę cedzimy przez dwa sitka – z większymi i małymi oczkami. Gotowe? Jeszcze nie! Dopiero teraz dodaję miód (nie żałuję), najlepiej z górnej półki, np. spadziowy czy gryczany. Wcześniej rozcieńczam go nieco w letniej (!) wodzie.

Gotowy specyfik trzymamy w lodówce. Zachowuje świeżość przez kilka miesięcy. Profilaktycznie pijemy przez kilkanaście dni po łyżce dziennie. Gdyby jednak nas coś dopadło, zwiększamy dawkę do kilku porcji. A jak czujemy się zdrowi, robimy parotygodniową przerwę i powtarzamy cykl. Smacznego i…powodzenia! To naprawdę działa!

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑